108. Uzależnienia. Najpierw zrozum, o czym są te filmy.

Te filmy dzieli 45 lat: „Afonia” (Georgi Daneliya, 1975, ZSRR) i „Na rauszu” (Thomas Vinterberg, 2020, Dania/ Szwecja/ Holandia). Obejrzałem je w ramach seansów obowiązkowych, wiedziałem że chcąc poznać najważniejsze filmowe komentarze do tematyki uzależnień, nie mogłem tych dwóch pozycji pominąć. Oprócz tematu, te dwa diametralnie różne spojrzenia łączy jedno: Widownia ma kłopot ze zrozumieniem tego, co zobaczyła. Stereotypy, marzeniowe podejście do rzeczywistości oraz mechanizmy wyparcia powodują masowe złagodzenie odbioru, choć oba filmy wyraźnie ukazują utratę kontroli, destrukcję życia bohaterów i ich rodzin. Widzowie chcą tu widzieć komedię, a nawet dowód, że regularnie przyjmowane używki wcale nie muszą być złe. Ups…, trzeba było uważać!!!

Krokodyl Gienia – Piosenka urodzinowa.

„Afonia” ukazuje stosunkowo krótki okres życia tytułowego bohatera, przetasowany z jego wspomnieniami i marzeniami. Pomysł bardzo mi bliski, bo i ja swój amatorski film o alkoholowej tematyce skonstruowałem podobnie. Nie ukrywam, że moje ego zostało mile podłechtane, bo swój obraz robiłem bez znajomości tego klasyka, nawet nie znałem streszczenia. W dodatku z moją wizją zbiega się tu fakt, że Georgi Daneliya unikał scen drastycznych, to nie Smarzowski, u którego w ruch idzie siekiera, głowy bohaterów lądują w muszlach klozetowych, a ich bielizna nosi wyraźne ślady awarii zwieraczy. Film opiera się na emocjach. Oglądamy całkiem przystojnego faceta, który z powodu nadużywania alkoholu ma zupełnie zaburzony obraz rzeczywistości: Zamiast realnych, życzliwych mu ludzi, wybiera swoje mrzonki, nie odróżnia przyjaciół od ludzi mu obojętnych. Poczciwy, lecz zaślepiony Krokodyl Gienia, zupełnie niezauważający życzliwych mu ludzi, odtrącający ich i rzucający się w czeluść swych fałszywych wyobrażeń. Sielankowy obraz dzieciństwa odbiera jako realną wizję, chłopców z którymi się bawił widzi w ten sam sposób, w jaki ich zapamiętał, a przygodną kobietę obdarza wydumanymi przymiotami, robiąc dla niej w swej fantazji główne miejsce w swoim życiu. Tymczasem ludzie, których pamięta nie żyją, bądź zmienili się znacząco (podobnie jak on sam), a obdarzona uczuciem kobieta nawet w opcji nie bierze go pod uwagę i dopiero, gdy na własne życzenie Afonia traci przyjazne dusze, ustawia je na piedestale swych mrzonek. Samo życie. I jeszcze to dyskretne ukazanie, co można zrobić spotykając takiego człowieka na swej drodze: POZWOLIĆ MU SAMODZIELNIE PONIEŚĆ KONSEKWENCJE SWOICH WYBORÓW. Zostawić mu problemy do rozwiązania, zwolnić z pracy, której nie chce wykonywać, zająć się swoim życiem. Zakochana w nim dziewczyna znika bez śladu (pojawia się w końcówce, ale raczej jako oniryczna wizja, niż realna postać), ktoś z pracy wreszcie mówi: „zwolnijmy go”, nawet nastoletni uczniowie bohatera proszą przełożonych o zmianę instruktora widząc jego nieuczciwość. Może i chłop poczciwy, ale wybrał inne życie. Wiele, wiele emocji, przy bardzo oszczędnej formie. I głębokie przekonanie o szczerości obrazu…., i niedowierzanie, że Rosjanie odbierają ten film, jak komedię sentymentalną. Taki obraz destrukcji! Za najbardziej niesamowite uważam jednak, że takie dzieło powstało w miejscu i czasie, w którym wiedza na temat alkoholizmu była gorzej niż mizerna.

Dżem – Wehikuł czasu.

„Na rauszu” to z kolei film dość świeży, kooprodukcja powstała w krajach sumiennie i naukowo podchodzących do problemu uzależnień. Dlatego pierwszy kwadrans był dla mnie niczym strzał w pysk. Zdawało mi się, że twórcy kpią z wiedzy naukowej, snując mrzonki o zbawiennym wpływie kontrolowanych dawek alkoholu. To było tak absurdalne, że szybko odgadłem, iż jest to METAFORA ROZWOJU UZALEŻNIENIA. Faktycznie, film potwierdził moje przypuszczenia. Od euforii, rozluźnienia, przełamania blokad społecznych, barier międzypokoleniowych, czy kryzysów małżeńskich, po pasmo wstydu, żenady i tragedii. Nawet pomysł „eksperymentu”, który tak naprawdę nie spełniał jego znamion, gdyż grupa badana była zbyt mała, grupa kontrolna nie istniała, a założenia badania były zmieniane według widzimisię uczestników, jest genialną, choć nie wiem czy zamierzoną metaforą, bo przecież w powszechnym użyciu znajduje się eufemizm „eksperymentować z narkotykami”. I to umieszczenie akcji w szkole, co pokazuje jak zarażamy kolejne pokolenia pozornie niewinnymi zwyczajami, bo niejeden z Was, drodzy czytelnicy, jak mówi „uczcijmy to”, to ma na myśli „napijmy się”, prawda? I nie kryje tego przed dziećmi, ani przed młodzieżą, chyba nie odbiegam od statystycznych realiów taką sugestią??? Co mnie martwi, to komentarze do filmu. Duża, zbyt duża część komentatorów (włączając w to ludzi opiniotwóczych, jak np. prof. David Nutt, psychiatra i neuropsychofarmakolog) mówi: „Ten film pokazuje jak jest, że picie alkoholu może mieć też dobre skutki”. Nie zgadzam się z taką opinią, Wam też odradzam tego typu myślenie. Alkohol ma działanie rozluźniające, znieczulające, uspokajające, to prawda. Ma jednak skutki uboczne, nad którymi duża, zbyt duża grupa ludzi nie jest w stanie zapanować. Jeżeli zbadamy reprezentatywną grupę ludzi dorosłych, używających alkoholu, to okaże się, że nieco więcej, niż co piąty z nich pije szkodliwie. Kto z Was poszedłby rozluźnić się grupowo kąpielą w Nilu z wiedzą, że co piąty zostanie zaatakowany przez krokodyle, niektórzy z zaatakowanych będą mieć tylko blizny, niektórzy stracą nogę, a inni życie? Zwłaszcza, że można wykupić bilet na basen? Tak jest i z alkoholem. Ma dość dobrze poznane działanie, ale pożądany efekt można osiągnąć metodami, które nie są obarczone takim ryzykiem. Odnosząc to do filmu: Uczestnicy eksperymentu postanowili go zakończyć z powodu szkód społęcznych i ryzyka uzależnienia, jednak okazało się, że odbywał się on już poza ich kontrolą. Dwóch z czwórki głównych bohaterów na oczach widzów poniosło nieodwracalne straty, a dwóch pozostałych NA RAZIE się wybroniło, choć było już gorąco. Nie wiemy, jak potoczy się ich życie, ale…, tu zwrócę się do zwolenników teorii, że film pokazuje też użyteczność alkoholu, zauważmy że uczestnicy pseudoeksperymentu, to jedynie czwórka z dużego grona pedagogicznego. Cała reszta radzi sobie świetnie bez alkoholu i nie widzi najmniejszej potrzeby przeprowadzenia tych wątpliwej jakości badań.

King Crimson – Epitaph.

Jak myślicie, dlaczego widzowie tak chętnie zastanawiają się, co zrobić, by picie alkoholu miało jedynie pozytywne skutki, zamiast przemyśleć o niebo ważniejszą rzecz: Dlaczego pozostali filmowi nauczyciele świetnie sobie radzą bez destrukcyjnych używek? I dlaczego to tej grupy w swych „eksperymentach” nie chcą naśladować, tylko wolą strzelić sobie piwko, łyknąć pigułkę, wciągnąć kreskę, czy przyjarać maryśkę. Potocznie mówi się, że wszyscy piją, ale z każdych dziesięciu osób w Polsce, tylko jedna wypija dziewięć butelek alkoholu w czasie, gdy pozostałych dziewięć do spółki wypija zaledwie jedną. Innymi słowy: Przeciętna osoba pijąca szkodliwie pije osiemdziesiąt razy więcej, niż statystyczny, wolny od problemów związanych z nadużywaniem alkoholu obywatel. I skoro już tak na to spojrzymy, to dlaczego szukamy sposobu, by stanąć w grupie pijących osiemdziesiąt razy więcej i łudzimy się, że odbędzie się to bez negatywnego wpływu na nasze życie, a wręcz oczekujemy pozytywnej zmiany naszego życia?

Reklama

58 myśli w temacie “108. Uzależnienia. Najpierw zrozum, o czym są te filmy.”

  1. Rozbawiła mnie recenzja „Na rauszu”, której autor wywnioskował, że wg filmu są w życiu sytuacje wg których warto się napić. Tymczasem film Vinterberga jest częściowo kpiną z głosicieli takich teorii. Pokazuje on panów, którzy zaczynając eksperyment już są grupą „przebraną”, z których jeden został bez partnerki, innego żona olewa zajmując się trójką dzieci, kolejny chodzi jak zombie, bo coś mu dolega psychiczne, a czwarty jest facetem bez właściwości. Ich znajomość z góry jest oparta na założeniu „jestem biednym pieskiem, który wypadł z sań, to się spiknę na piciu z podobnym frajerem”. Rzekomy „eksperyment” jest tylko pretekstem, który zatapia życie jednego z nich, a losy drugiego pozostawia otwarte na stopklatce (takie subtelne niedomówienie).

    Bardziej byłam zaskoczona moim odbiorem „Afonii”, filmu, który oglądałam wcześniej przynajmniej dwa razy. Ty wiesz, że ja dopiero teraz zauważyłam, że tam nie ma szczęśliwego zakończenia, że to jest raczej zmyślenie wyprodukowane przez umysł bohatera?

    Polubione przez 1 osoba

    1. Widzisz, moja żono o ciętym języku 😉 Tego zwrotu zabrakło w mojej recenzji! Rzeczywiście, autor „Na rauszu” kpi z głosicieli teorii o życiowych sytuacjach, w których warto się napić.
      „Afonia” nie tylko nie ma szczęśliwego zakończenia, ale nawet, jeśli tylko pomyślimy, puszczając wodze fantazji, co by było, gdyby takie zakończenie jednak nastąpiło, to zaraz przychodzi do głowy myśl, że to by było chyba jeszcze gorsze, bo w kloaczny żywot Afonii wciągnięta by została bogu ducha winna dziewczyna.

      Polubione przez 1 osoba

  2. Dlaczego szukamy pozytywów? Dla usprawiedliwienia własnej słabości.
    Cukier szkodzi? ale skąd, trochę cukru jeszcze nikogo nie zabiło, ale co to znaczy trochę?
    Nikotyna szkodzi? moja babcia paliła całe życie i setki dożyła!
    Suplementy szkodzą? a skąd, lekarze polecają i sami biorą… itd.itp.
    Polak potrafi, nawet z trucizny zrobi element tradycji, bo łatwiej zmotywować się do kontynuowania, niż do zaprzestania.
    Jest na to nawet katolicki paragraf – wszyscy jesteśmy grzeszni, więc mamy prawo błądzić, a zwłaszcza duchowni.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Tak jest na poziomie szukania usprawiedliwień, już po fakcie. Ale dlaczego na poziomie wyboru wzorca, widzimy czterech pijących, którym chwilowo humor się poprawia, a nie widzimy pozostałego grona nauczycielskiego, które wykonuje swoją pracę bez używek.

      Polubienie

      1. U młodych to chęć przynależności do grupy, wszyscy piją, to nie mogę odstawać, poza tym łatwiej się napić, niż poszukać innego sposobu, no i znowu tradycja, kto nie pije wcale, to albo chory, albo dziwny… .

        Polubienie

  3. Mnie się „Na rauszu” nie podobało. Czytałam przedtem sporo recenzji jaki to świetny film, bo pokazuje, że mamy problemy z alkoholem, wielu moich znajomych się wypowiadało, że „coś im w duszy strzeliło” bo jakby zobaczyli kawałek siebie w tym filmie, a ja siedziałam, ogladałam i zastanawiałam się : po co ja to ogladam? Na dodatek ja doszłam do wniosku (co nieci podobnego do tego, który Ty podsuwasz), że ten film mówi : można pić tylko jak się jest młodym. Bo w sumie, to źle się działo tylko ze starszymi w tym filmie, młodym wszystko uchodziło na sucho, a jeden wręcz lepiej zdał egzamin. Nie podobało mi się to przesłanie, które zobaczyłam.
    Masz rację, że większość ludzi wszystko chce „uczcić” pijąc. Non stop słysze dookoła komentarze. Zimno ci – napij się. Smutno ci – chodź na piwko. Weekend idzie – trzeba iśc do sklepu (bynajmniej nie po marchewkę). Ja nigdy nie byłam smakoszem alkoholu, smieszyło mnie kupowanie wina do obiadu, a od 2014 nie pije w ogóle, bo biore leki. Wcale mi to nie przeszkadza, więc może po prostu taka moja bezalkoholowa natura.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dla formalności: Nie podsuwam wniosku, że można pić gdy się jest młodym. Wręcz przeciwnie, uważam że ryzyko jest większe, a każde „lecznicze” traktowanie alkoholu niesie ryzyko uzależnienia, zwłaszcza gdy próbujemy nim działać na emocje, bo oczywiście na emocje alkohol oddziałuje bardzo silnie, tyle że marne są szanse na kontrolę. Ci starsi panowie, to tylko przepowiednia dla młodych, jak będą wyglądać, jeżeli nie porzucą nałogowej regulacji uczuć.

      Polubienie

        1. Wręcz przeciwnie, ale mam tyle ciekawych i ekscytujących rzeczy do robienia, że „usiąść i zbetonić się alkoholem, marihuaną, czymkolwiek co daje banię lub inny odjazd” jawi mi się jako ekstremalnie nieatrakcyjne.

          Polubienie

  4. nie widziałem tych filmów, ale…
    od dawna uważam, że nakręcenie filmu lub napisanie książki „o narkotykach /np. alkoholu” wcale nie jest takie proste… gdy ktoś chce napisać/nakręcić coś „ku przestrodze”, to szalenie łatwo jest wpaść w kanał taniej dydaktyki, która jak dobrze wiemy po prostu nie działa, albo co gorsza wykonać kompletnego knota świadczącego o braku kompetencji autora, z różnym skutkiem zresztą, bo niektóre tumany może to kupią, ale ktoś mający jakąś orientację w temacie umrze ze śmiechu…
    z kolei gdy ktoś stara się być obiektywny, wychwycić jakiś (bliżej nieokreślony) złoty środek, to ma przed sobą rafę, że ktoś go pomówi o promowaaanie brania /picia, etc/ i musi się z tym zmierzyć, bo z pewnością tak się stanie… pamiętam debiutancką „Heroinę” Tomasza Piątka, nawet z nim miałem okazję z nim o tym gadać, on próbował właśnie uniknąć dydaktyzowania i znalazło się mnóstwo ludzi, którzy wspomniany zarzut „promowaaania” mu stawiali, bo ponoć za mało napisał o niedolach ćpuna i jego otoczenia…
    po prostu taki się jakiś zrobił od dawna klimat, że o narkotykach nie wolno pisać dobrze, ani próbować nawet neutralnie, to jest tolerowane tylko u klasyków, choć rzecz jasna alkohol ma pewną taryfę ulgową, w końcu żyjemy w społeczeństwie „współuzależnionym” w temacie tego dragu… ale to ostatnie pogłębia tylko trudność pisania/kręcenia „ku przestrodze”, bo czeka kolejny mroczny zaułek w postaci komedii ludycznej, czy czegoś w tym stylu, tak to odbierze całe mnóstwo alko-szowinistów, dla których „alkohol to nie (zły) narkotyk, tylko „coś innego” (ergo w domyśle „nawet jak złego, to jeszcze nie tak tragicznie”)… jak zresztą sam zauważyłeś, że gros widzów więcej widziało komizmu, niż tragizmu…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. Ponieważ jak wiesz, robiłem film o tej tematyce, mogę Ci powiedzieć z pierwszej ręki, co było największym problemem. Ze względu na to, że był to mój film, miałem w dupie o co kto mnie będzie posądzać. Miałem historię do opowiedzenia i widzowi pozostawiałem decyzję, co z nią zrobić. Szczerze powiedziawszy, to widz robi co chce z każdym filmem bez niczyjej łaski, więc żadna w tym była moja rola. Jako autor, mam jednak prawo do własnych opinii nawet, jeżeli mijają się z prawdą, choć oczywiście dokładałem starań, by produkować ten obraz zgodnie z moją najlepszą wiedzą. Rzeczywistym problemem był balans pomiędzy dydaktyką a stroną artystyczną. Dosłowność zabija artyzm, artyzm zaś nie zezwala na szczegółowe wyjaśnienia. Film ma zwrócić uwagę na problem, wywołać dyskusję, uruchomić myślenie, podając oczywiście pewne wskazówki, które widz ma prawo odrzucić. W skrócie: Film nie ma działać jak terapia, bo od tego jest terapia. Skoro osoba uzależniona po tysiącach sygnałów ze swojego otoczenia dalej grzęźnie, to nie łudźmy się, nie zmieni tego ani film, ani nawet podręcznik. To terapia jest od uruchomienia pewnych procesów myślowych i propozycji zmian zachowań.

      Polubienie

      1. pomijając twórców/artystów czysto komercyjnych, dla których priorytetem jest wynik finansowy produktu, to raczej nieprawdą jest, jakoby twórca miał totalnie wyrąbane na odbiór jego tworu, bo po co w takim razie go pokazuje, publikuje, zamiast kontemplować swoje dzieło w czterech ścianach swojego lokum…
        nie do końca jest też tak, że mamy wyjebane na to, czy ktoś w narysowanym przez nas słoniu /dokładniej: nam się wydaje, że to jest słoń/ zobaczy słonia, czy talerz owsianki z gwoździami, bo jednak, mimo wszystko, chociażby podświadomie, wolelibyśmy, aby ktoś tam zobaczył słonia…
        ale zostawmy to, bo to już jest trip na zbyt otwarte wody…
        natomiast zgodzę się z Tobą, że to wcale nie jest takie łatwe wypośrodkować przekaz i artystyczne szatki, w które ten przekaz chcemy ubrać, bo jednak ludzie bardziej skupiają uwagę na szatkach, niż na tym, co one odziewają… niezłym przykładem może tu być czacha z monologu Hamleta… albo „Biblia” Nergala, która na 99,9% była zupełnie randomową książką, która mu wpadła pod rękę tuż przed koncertem… kto tak naprawdę pamięta przekazy tych spektakli?… ale czachę lub rzekomą „Biblię” pamięta prawie każda/y…
        czy film, jakikolwiek, może być terapią?… z pewnością nie… przeważnie filmy o „tej” tematyce raczej tylko nakręcają, ale czasem też mogą dać wstępnego kopa do terapii… miałem kiedyś do czynienia z klientem, któremu tego kopa dał film „Bullet” /z M.Rourke/, przynajmniej tak ten klient twierdził… nie dociekałem za bardzo, na czym miał polegać ten „kop”, w końcu istotne było tu i teraz… aha, klient był ćpunem faktycznym, nie urojonym…

        Polubienie

        1. No tak, ale nie mylmy pragnienia stworzenia dzieła podziwianego z podporządkowaniem autora gustom odbiorców. Jeżeli to moje dzieło, to miło by było, gdyby się podobało, ale zrobię je o tym, o czym chcę zrobić i sam wybiorę sposób.

          Polubienie

      2. Wierzę , że sztuka może być katarsis i wywołać chęć zmiany. Ale to idealizm. Zbyt dużo znam alkoholików , żeby nie mieć pewności , że dopóty dopóki osoba uzależniona nie zechce się leczyć to żadna forna terapii nie pomoże

        Polubienie

        1. Z moich obserwacji, sztuka jest świetna do organizacji grupy wsparcia, do szukania konstruktywnego spędzania wolnego czasu, bez substancji uzależniających. Sztuka, np. film, może podpowiedzieć pewne spostrzeżenia, ale to jest taki dodatek. To tak, jak po złamaniu ręki, najpierw ją musisz złożyć, poczekać aż się zrośnie i rehabilitować, a później dopiero zająć się dietą wspomagającą kości.

          Polubienie

    2. @PKanalio, jedną z ciekawszych spraw jest to, że ani jeden ani drugi film nie jest z definicji dydaktyczny, namawiający „do …”. „Afonia” jest w Rosji uważana za kultową komedię i chociaż w całości osnuta jest na wątku szkodliwości spożycia, wątpię, aby przeciętnemu Rosjaninowi właśnie to zapamietało się z fabuły. „Na rauszu” od początku przyjmuje optykę jednego ze spożywających, do tego stopnia, że do końca nie zostaje wyjaśnione, co mu tam dolegało zanim zaczął pić (a że dolegało to oczywiste, facet chodził od kadru do kadru jak zombie). Obydwa filmy polecam 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      1. może nie gadajmy zbyt konkretnie o filmach, których nie widziałem, ale generalnie sprawa się dla mnie zamyka w prostym określeniu, które zresztą sam kiedyś wymyśliłem:
        „współuzależnienie społeczne” i dotyczy ono tego jednego konkretnego narkotyku, a w Rosji jest ono głębsze, niż w Polsce… więc jakoś mnie nie dziwi, że ta „Afionia” /o której zastrzegam, że mam tylko szkicowe dane/ robi za kultową komedię…

        Polubione przez 1 osoba

        1. Fakt, że uważam, że to interesujące, nie oznacza, że to jest dla mnie zaskakujące. Jeśli coś jest normą, to wiadomo, że społecznie (jeśli nawet to „społeczeństwo” ogranicza się do rodziny, albo grupki znajomych) jednostki wyprą problem i skupią się na innych rzeczach. Afonia to pijak i złodziej, ale w rodzinie pijaków i złodziei inni jemu podobni dostrzegą, że przecież poza tym dobry z niego chłopak, mógłby np. bić, a nie bije. No i nie uznają jego snów na jawie za żałosne, bo sami się takim wędrówkom romantyczno-bohaterskim oddają. To dotyczy nie tylko alkoholu, nie tylko narkotyków 🙂

          Polubienie

    3. Pod Wulkanem książka i film alkodestrukcję pojazują. Oglądanie Koterskiego (Wszyscy jesteśmy Chrystusami i Dzień Świea) czy czytanie Szwejka wzbudza śmiech i radość choć to dogłębnie tragiczne dzieła

      Polubione przez 1 osoba

      1. „Pod wulkanem”, muszę zapamiętać, bo ni cholery tego nie znałem.
        Szwejk jest dla mnie najlepszą antywojenną książką w historii, do niego nawiązuje w sposób otwarty druga pozycja na mojej liście, „Paragraf 22”.
        Masz rację, że są to dzieła tragiczne, w dodatku spostrzegawczość autorów może zadziwić.

        Polubienie

        1. P22 jest równoważnikiem Švejka co do surrealistycznego bezsensu wojny. Dołączyć by trzeba było ale już na bardzo poważnie „Na zachodzie bez zmian”Remarqua. Powstaje literacka Trójca Święta co jak ją ktokolwiek pojmie nigdy nie pójdzie zabijać czy w imię Dowolnego Boga czy wyimaginowanego Narodu.

          Polubione przez 1 osoba

        2. Dokładnie, właśnie pod tym warunkiem, by czytać ze zrozumieniem i wyjść poza warstwę humoru. Sam pomysł, by osobami myślącymi najsensowniej na całej wojnie zrobić osoby uznane urzędowo za chore psychicznie i jednocześnie do udziału w tej wojnie zmuszane jest już wystarczająco dobrze rokujące.

          Polubienie

        3. U Švejka postawa „idioty” jest obroną przed zwariowaniem na skutek koszmaru wojny. Raz się tylko demaskuje gdy staje w obronie jednego z pucybutów poniewieranych przez oficera a tak trzyma fason.

          Polubienie

        4. Podejrzewam, że ta postawa broni go nie tylko przed koszmarem wojny. Praga była pełna tajnej policji, traktującej Czechy jak kraj podbity, a nie będący w unii, więc wesoło nie było, a zważywszy, że był to czas łamania buntu poddanych siłą, można sobie wyobrazić coś na kształt PRL przed 1956. Z pewnością czytałeś „Proces” innego Prażanina, Franza Kafki. Facet wiedział o czym pisze, będąc doktorem nauk prawnych ze stażem w sądzie ziemskim i karnym. Zresztą, Hasek również to wiedział, tyle że jako anarchista, patrzył z nieco innej strony

          Polubienie

        5. @Woland…
          skoro kolekcjonujesz książki o absurdzie wojny, to pozwolę sobie zapromooować cykl autorstwa Svena Hassela, nie podam tytułów, bo można wybrać dowolną randomową książkę z zestawu… to jest dopiero Szwejk do kwadratu w wersji hardcore… akcja się dzieje w armii niemieckiej podczas drugiej wojny światowej, ale mechanizmy w tej armii działają identycznie, jak te, które wykpiwa Hasek, bardzo subtelnie zresztą, bo Hassel wali prosto po oczach, jest jedna wielka rzeźnia, aczkolwiek z pewną szczyptą komizmu koniecznego, aby to strawić…

          Polubienie

        6. Dzięki, Świechna akurat jest w Polsce, więc może zdoła coś przywieźć (zależy od tego, czy dokupi większy bagaż, bo jak pewnie wiesz, Ryanair jeszcze tylko za odzież wierzchnią opłat nie wprowadził, a tak poza tym, to wszystko co wnosisz ponad objętość raportówki, ma swoją cenę).

          Polubienie

    1. „Żółty szalik” lubię, ale nie ze względu na fabułę, a na grę Gajosa. Niestety, jest to fabuła Pilcha, gościa który nie wyzbył się samozachwytu i promuje siebie, jako inteligentnego wirachę, zapijaczonego ale z inteligencją przykrywającą uzależnienie. Tę bzdurę bardzo ładnie zdemaskował Smarzowski w „Pod mocnym aniołem”, gdzie obrazem zilustrował pilchowe przechwałki. Ponieważ „Żółty szalik” oglądałem po „Pod mocnym aniołem”, w duchu podśmiewałem się z Pilcha i jego autokreacji. Te wszystkie intelektualizujące monologi podane Gajosem wywoływały u mnie wewnętrzny rechot i myśl o komicznym przeroście formy nad treścią.

      Polubienie

      1. przybiję płastugę z Wolandem, że dla mnie „Żółty szalik” to Gajos /jako aktor/, Gajos i jeszcze raz Gajos… choć resztę obsady (ich grę) również oceniam jako super…
        tych gadek o Pilchu to akurat nie czuję, bo nie zagłębiałem się tak zagłębiająco w temat, ale dla mnie istotne w tym filmie jest to, przekaz taki, że alkoholowy ćpun /czyli alkoholik/ to wcale nie musi być zarzygany menel sępiący o drobne pod sklepem… to jest choroba, która może trafić każdego bez względu na jego sytuację, status społeczny…
        różnica jest tylko taka, że bogatego stać na bycie chorym, ale dla równowagi uzależniony szef korporacji może na jej skutek zrobić większy gnój, niż bezdomny ćpunek…
        p.jzns 🙂

        Polubienie

      2. Pod mocnym aniołem mimo fanowania pisarstwu zwłaszcza felelientonom JP ledwo obejrzałem. Jedna scena z Gajosem w Żóltym Szaliku kiedy wali żołądkową w windzie bardziej ekstremalna niż cały film Smarzowskiego.

        Polubienie

  5. Ps widziałem w restauracji z muzyką na żywo w Stambule rzecz niewiarygodną i „niedouwierzeni” – ludzie doskonale bawili się bez grama alkoholu. Tylko szisza , soki , kawa i dużo herbaty …

    Polubienie

    1. Być może w sziszy należy szukać rozwiązania zagadki, chociaż mnie palenie również do zabawy nie jest potrzebne, nawet wolę bez, bo łepetyna nie napierdala, unikam zatem miejsc, gdzie się pali.

      Polubienie

      1. uwielbiam /w sensie ironicznym 😆 / te gadki, gdy ktoś dowartościowuje się publicznie oświadczając, że jakiś rodzaj zabawy, czy konkretny rekwizyt nie jest mu „potrzeeebny” 😛 , żeby się dobrze bawić… jakież to krindżowe, gdy ktoś deklaruje: „ja jestem lepszy, bo ty potrzebujesz (np. zajarać sziszę, tarmosić kota albo pójść do lasu), żeby się bawić, a ja mam wyjebane na sziszę, kota, las i wszelkie tam inne” 😆
        a czy to takie trudne wysensować, że ktoś może po prostu CHCE coś robić?…

        Polubienie

        1. Oj, widzę że czuły punkt trafiłem. Zazwyczaj znajduje się on u ludzi uzależnionych, ewentualnie twierdzących, że oni po prostu chcą. Byle żul na odwyku to mówi, a co dopiero marihuaniści, których uzależnienie wychodzi podczas terapii. Ale Ty wiesz lepiej, co Ci dolega, choć mnie by zaniepokoiło, że w stwierdzeniu iż nie palę i unikam miejsc, gdzie się pali, bo łepetyna tak nie napierdala, zacząłeś doszukiwać się dowartościowywania. Poczułeś się zagrożony?
          P.S. Jeżeli się uważnie przyjrzysz moim wypowiedziom, to zauważysz, że nie doszukuję się „U WSZYSTKICH” cech ćpuńskich, robię to w specyficznych sytuacjach. Jeżeli ta Twoja uwaga była próbą polemiki ze stwierdzeniem, że czułość na punkcie marihuany jest cechą charakterystyczną od niej uzależnionych?

          Polubienie

        2. Jakby Nergal podarł/spalił Koran to by go wcześniej czy później upolowali jak Rushdiego czy pewną belgijską redakcję … A motyw uzależnienia jest w sztuce bardzo atrakcyjny. Sam chętnie po kilku książkach i filmach odwiedzilbym palarnię opium. Ps też mnie napierdala głowa po spotkaniu z osobami palącymi a dodatkowo wszystko mi cuchnie dymem więc ciuchy do prania plus prysznic 🙂

          Polubienie

        3. Tylko że Koran, choć oparty na Biblii, nie ma wpływu na nasz krąg kulturowy, a Biblia ma. Darcie Koranu jest bezcelowe, choć nie przesadzałbym z tym brakiem możliwości krytyki Islamu, byle członek (inaczej siusiak) Konfederacji to robi i nic mu się nie dzieje.

          Polubienie

        4. Co innego , jak potargasz Bibliu to cię obsobaczą ew. proces pezed sądem.pl jak pzyjebiesz w Koran fatewa ze skutkiem zgon

          Polubienie

        5. @Woland….
          branie osobiście spostrzeżeń natury ogólnej ma swoją fachową nazwę, ma też swoje przyczyny, ale obecne spostrzeżenie, że komuś czasem chce się draki z niczego w okresie równonocy możesz faktycznie wziąć osobiście 🙂
          syndrom doszukiwania się u wszystkich i przypisywania im cech ćpuńskich znam z autopsji, trafił mi się kiedyś, dość dawno, to częsta przypadłość początkujących w branży, mnie jednak przeszło raczej szybko, choć znam, znałem przypadki, gdy się to utrwala i też ma swoją fachową nazwę, nieco archaiczną, ale krótką…

          Polubienie

        6. Prawdopodobnie tak, natomiast Ty skierowałeś swoje „ogólne spostrzeżenie” do mnie, w dodatku zrobiłeś to narzekając, że nie konfabulowałem, iż palacze sziszy robią to, bo LUBIĄ, podczas gdy obaj wiemy, że w sziszy musi być odpowiedni wsad, który daje w banię, nie będą palić klonowych listków, ani suszonych kwiatów róży. W dodatku bardzo źle odbieram oskarżenia, iż informowanie o obywaniu się bez środków psychoaktywnych, to podnoszenie poczucia wartości, przypomina mi to reakcję wierzących na informowanie, iż nie potrzebuję ich obrzędów (tam padają oskarżenia o pychę, czyli rodzaj wywyższania się, lenistwo). A swoją drogą…, gdybym ja tak odpowiedział znajomemu, który mi mówi, że on bez kaw może się obyć (ja sam żłopię ją w ilościach znaczących), czyli oskarżył go o podnoszenie sobie poczucia wartości, to uważałbym, że zrobiłem z siebie kretyna.

          Polubienie

      2. Szisza to jakieś jabłuszko było czy cuś ale nie gandzia. Odkąd zakaz palenia w lokalach w EU to odetchnąłem z ulgą . Ale szacun , że można bez alko bawićsię , zwłaszcza na weselu 🙂

        Polubienie

        1. centralnie to jest tak, że nie chodzi o nieumiejętność zabawy bez narkotyku /np. alkoholu/, tylko o nieumiejętność zabawy bez rekwizytów i chyba prawie większość tak ma /choć nie zawsze i niekoniecznie/, a z drugiej też strony to rekwizyt nieraz określa, definiuje tą zabawę… natomiast osobną nieco kwestią jest, jaki jest to rekwizyt: szisza, faja z gandzią, imbryk z herbatą, tacka z ciastkami, grill z karkówką, czy też flaszka z narkotykiem, to jest jakby drugi poziom rozważań… ale zakładając, że jest to wspomniany narkotyk /najczęściej alkohol/, to bynajmniej nie każdy go wtedy używa po to, aby się nawalić, ani nie każdy po to, aby „wyleczyć” jakiś swój problem… a kompletnym wręcz bzdurą jest stwierdzenie, jakoby wszyscy biesiadnicy są uzależnieni, czy też nawet tylko „znałogowani”… co więcej, wiele, a nawet większość tych biesiad wcale nie polega na nadużywaniu, czy też używaniu ryzykownym…
          natomiast faktyczny problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś nie umie się bawić nawet bez tej symbolicznej ilości np. alkoholu… to co prawda jeszcze nie jest uzależnienie, ale pewne uwarunkowanie, które w niektórych przypadkach może się tym uzależnieniem zakończyć…
          bynajmniej nie brooonię tych uwarunkowanych biesiadników, tylko zwracam uwagę na lękowe podejście do owych biesiad, które również jest czymś „nie tak”…
          p.jzns 🙂

          Polubienie

        2. Szisza, to według mojej wiedzy przede wszystkim suszony tytoń, dopiero potem dodatki smakowe, aromatyczne, ewentualnie wzmacniacze typu marihuana.

          Polubienie

        3. Łotewer , ale po prostu ludzkość „mahometańska” (rasizm is cool) bawi się bez zachodnioeuropejsich używek

          Polubienie

        4. wkładem do shishy bywa także tzw. „melasa”, produkt pozbawiony zupełnie substancji aktywnych, rozrywka czysto smakowo – zapachowa… dość popularna wśród małolatów, choćby ze względu na jej legalną dla nich dostępność i pewną bezpieczność w użyciu… nie mam jednak pojęcia, czy pochodzi ona z rejonów rodzimych dla shishy, czy raczej jest to pomysł zachodni, targetowany właśnie do małolatów, choć niekoniecznie tylko do nich… można to porównać np. do piwa bezlkoholowego, czy bezalkoholowych „szampanów”… kiedyś spróbowałem tego sam, akurat w smaku melonowym i nawet było to sympatyczne… do tego dość friendly dla otoczenia, dym jest delikatny, nieupierdliwy, dość szybko śladu nie ma w powietrzu pomieszczenia po takiej sesji…

          Polubienie

        5. @Pandespresso…
          tak, tak, a „dupa” to rumuńsku „po”, rozumiem, że chciałeś zakończyć rozmowę, no i zakończyłeś, brawojasiu, tylko dlaczego tak głupio? 😆

          Polubienie

        6. a tobie co znowu Pandojakiśtam, kto ci nasrał do głowy?…
          no, ale cóż… czasem można się pomylić… ktoś na pierwszy rzut okaz wydaje się być w miarę przytomny, a po drugim okazuje się, że to kompletny idiota… a do tego jeszcze troll ❗ 😆
          aha, ja trolli nie karmię, więc masz luz, ostatnie słowo, bo i tak nie odpowiem…

          Polubienie

      3. @Woland…
        okay, może trochę źle to ująłem, znadinterpretowałem sobie Twoje słowa i wyszło drobne nieporozumienie, więc SORRY, bo to ja to zacząłem… niemniej jednak wyjaśnię, skąd się to wzięło… nieraz spotykam /słyszę, czytam/ takie teksty, gdy ktoś komunikuje: „ja nie potrzebuuuję…” i w dalszej części następuje rozwinięcie „…tego lub tamtego, żeby się dobrze bawić”, przy czym niekoniecznie chodzi zawsze o jakieś narkotyki, czy zioło, tylko o jakieś różne inne formy aktywności /lub pasywności/, czy działania, których akurat autor(ka) takiej wypowiedzi nie lubi, nie toleruje, czy jakoś tam nie akceptuje, jest to zawsze w tonie pewnej wyższości i zawiera w sobie sugestię, jakoby ktoś robił to z jakiegoś wewnętrznego przymusu, a nie z czystej, niezobowiązującej chęci… w sumie to trudno powiedzieć, co za taką wypowiedzią stoi: czy chęć dowartościowania się, czy brak rozumienia różnicy pomiędzy „muszę” i „chcę”, albo może po prostu pogląd, że coś takiego jak „wolna wola” nie istnieje, a ludzie nie kontrolują sami siebie z samej natury rzeczy…
        akurat zbiegiem okoliczności Twoja wypowiedź zabrzmiała dość podobnie, wpisała się w ciąg takich właśnie, jak opisałem i wywołała właśnie taką moją reakcję, niczym ta kropla za dużo przeciążająca szalę…
        i może na tym ten incydent zamknijmy I hope 🙂

        natomiast Twoja późniejsza uwaga o tych kolesiach na odwyku, którzy nieraz faktycznie sami u siebie nie odróżniają, co u nich jest „chcę”, a co „muszę” jest trafna, sam to zjawisko już dawno zauważyłem… choć z drugiej strony bywa też tak, że zdarzają się klienci z zadziwiającym wglądem we własną chorobę…

        kwestii marihuany w ogóle nie dotykam, bo przy Twojej marychofobii to jest proszenie się o drakę, a na to nie mam ochoty, ale to jest zupełnie osobny temat, którego również nie chcę dotykać 🙂

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s