116. Miałem dziwny sen.

Znajdowałem się w mieszkaniu, w którym mieszka mój kuzyn z rodziną. Tyle tylko, że nikogo z nich akurat tam nie było, za to była matka kuzyna i jej drugi syn. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że zmarł on siedem lat temu – i to w nader dramatycznych okolicznościach ściśle związanych z tym, że nadużywał alkoholu będąc w fazie chronicznej uzależnienia. Ta dość szybka reinkarnacja – i to w tym samym ciele, choć nietypowa, to jednak nie dziwiła mnie tak bardzo, jak fakt, że zarówno ja, jak i on pamiętaliśmy, że już raz umarł z powodu picia, mało tego, intuicyjnie wiedziałem, że on znowu pije, mimo iż w momencie spotkania był trzeźwy. Poznawałem to po sposobie prowadzenia rozmowy. Zapytał mnie, czy gdy już tu razem zamieszkamy (w domyśle – dostaniemy ten dom w spadku), to mu pozwolę korzystać z kuchennego pieca (z jakiegoś powodu we śnie mieszkanie było w stanie sprzed 40 lat, gdy nie było tam kuchenki gazowej, lecz drzewno-węglowy piec kuchenny z płytą grzewczą i piekarnikiem). Ponieważ nikt nam nawet nie zaproponował takiego spadku, ja wcale nie poczuwałem się do jakichkolwiek praw do tego domu, lecz kuzyn zachowywał się tak, jakby to było przesądzone, a w dodatku z jakichś powodów uznał mnie za głównego dziedzica – przyszłego zarządcę, przyjmując uległy i proszący ton, więc od razu sobie pomyślałem, że najpierw, to on musi takiej chwili dożyć, bo się na to nie zanosi.

Gdy opowiedziałem ten fragment snu Świechnie, od razu mi powiedziała, że to jest świetna historia na mój blog, a chwilę później odezwała się w niej żyłka przyszłej psycholożki, bo na głos rozważała pomysł przeprowadzenia badań różnic osobowości pomiędzy trzeźwiejącymi alkoholikami i ich kolegami, którzy wrócili do picia. Po namyśle stwierdziła, że to raczej badania na pracę doktorską, niż magisterską. Wierzę jej na słowo, bo to mądra dziewczyna jest 😉 Stąd i dzisiejsza notka.

To jeszcze nie koniec. W moim śnie opuściłem kuzyna i przeniosłem się do Irlandii, a ściślej rzecz biorąc, do samego centrum Dublina, nad rzekę Liffey. Spieszyłem się na jakiś koncert lub wystawę, mającą odbyć się w pobliskim kościele, miałem też wykupiony posiłek (tak, tak…, w jakimś przykościelnym bufecie, czy podobnego typu skromnej jadłodajni), ale wcześniej chciałem koniecznie komuś pokazać irlandzkie rzeźby ustawione wzdłuż brzegu. W rzeczywistości tych, które prezentowałem tam nie ma, ale mój sen miał w nosie rzeczywistość. Gdy już pokazałem co chciałem, zaszedłem jeszcze do szklarni (zabijcie mnie, a nie wiem, skąd tam szklarnia), gdzie uprawy były niezbyt intensywne, zapraszające do odpoczynku, a pomiędzy przeróżnej wielkości roślinami (zdarzały się nawet palmy), przechadzały się oswojone zwierzęta. Nie było to jednak psy, ani koty, lecz coś mniej typowego: Kozy, króliki, być może nutrie…, nie pamiętam szczegółów, grunt że mnie z miejsca polubiły.

Jefferson Airplane – White Rabbit.

Następna scena snu przeniosła mnie do kościelnej jadłodajni. Siedziałem przy stole z ubogimi, starszymi ludźmi. Nagle z obrzydzeniem zauważyłem, jak jednemu ze staruszków obsługa podaje ohydną, przegniłą, ugotowaną w całości głowę kapusty, a to po to, żeby obdarowany pan mógł się zająć jedzeniem, bo w przeciwnym razie zabierałby posiłek innym (nie wiem skąd, ale to akurat wiedziałem). Dopiero wtedy podano drugą, równie obrzydliwą głowę kolejnemu chętnemu. Spojrzałem w talerze innych osób, było w nich coś innego, ale też wyglądającego bardziej, jak znalezisko z kubła na śmieci, niż produkt kuchni barowej. Spojrzałem więc na swój talerz, a tam bardzo schludnie podany gulasz z ryżem i brokułami. Jako jedyny przy stole miałem dobre jedzenie, skromne, ale dobrze wyglądające.

Edyta Bartosiewicz – Sen.

„Twoja kawa jest już gotowa” – zbudziły mnie słowa Świechny. Jeszcze przez długi czas wałkowałem w głowie mój sen. Małżonka zrobiła mi pysznego drippa ze świeżo zmielonych młynkiem żarnowym ziaren.

115. Prawda bożej podszewki.

Minęło ćwierć wieku od emisji pierwszego odcinka serialu „Boża podszewka”, który spotkał się z histeryczną krytyką pochodzącą od środowisk kresowych i narodowych. Widocznie jakoś tak jest, że prawda jest najbardziej oprotestowaną formą historii. Cóż…, scenariusz był oparty na powieści Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz o tym samym tytule, zawierającej na swych kartach losy matki autorki. Kontrowersje na temat filmu można śledzić w sieci, cały ten lament, że Kresowiaków oczerniają, że obraz niepochlebny, że gwałt na tradycji…, po prostu ŁOJOJOJ!!!

Siekiera – Ludzie Wschodu.

Ja tymczasem podchodzę do tej kwestii dość osobiście. 1-go września zmarła taka boża podszewka, jedna z wielu, dla mnie szczególna, bo miałem okazję ją poznać. Pani Stefania urodziła się 1-go lutego 1943 roku w Zdradzie, wołyńskiej wsi, dotkniętej rok później wydarzeniami będącymi częścią serii masowych zbrodni znanych jako rzeź wołyńska. Jedni Ukraińcy próbowali ją zamordować, drudzy Ukraińcy z narażeniem życia ją uratowali. Po przesiedleniu na Ziemie Odzyskane prześladowali ją już tylko Polacy. Najpierw, ponieważ pochodziła z Wołynia, nazywali ją „banderowcem” (dwu-trzylenie dziecko), a potem, po przeprowadzce w miejsce zasiedlone przez Kresowiaków, ponieważ nie znała ojca, była „znajdą”. Żeby było lepiej, ten rodzaj prześladowania wymyślili przesiedleńcy z jej rodzinnej wsi – jej rodzina niefortunnie uznała, że wśród swoich będzie miała lepiej. No to miała! Prawda, że i w tej historii trudno się dopatrywać patriotyzmu, za to występujący w niej ludzie przedstawieni są w nienajlepszym świetle? I co ja zrobię, skoro swoim życiem, swoją postawą wobec bezbronnego dziecka wystawili sobie świadectwo?

Wspomnienia pani Stefanii, w przeciwieństwie do wspomnień Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz, nie są znane szerszej publiczności. A gdyby były znane, to co…? Znowu ONA by była winna, że pamięta krzywdy z dzieciństwa? Nie sprawcy, tylko ofiary będą w Polsce wiecznie winne? Pytam, bo w Polsce wychodzi na jaw rola kościoła w prześladowaniu kobiet i dzieci, informacji będzie coraz więcej. Kto ponosi odpowiedzialność? Sprawca, czy ofiara?

114. Katar mam, czyli krótka historia o człowieku, który uważał, że dawniej było lepiej.

Katar kojarzy mi się z anegdotką z czasów licealnych, gdy będąc bardzo niesubordynowanym uczniem, często wyłudzałem zwolnienia lekarskie symulując choroby. W tym celu właśnie wraz z serdecznym kumplem udaliśmy się do gabinetu lekarskiego. Gdy w poczekalni zostaliśmy tylko my, wyszedł lekarz i spytał – A Wam co jest – Na co mój kolega odpowiedział – Katar mam!

Nie pamiętam, czy spalił naszą wizytę, ale wspomnienie pozostało. Tymczasem ja nie o tym katarze, bo przecież wszyscy wiedzą, nawet ja, że wkrótce zaczyna się MUNDIAL. Ponieważ moja ignorancja w temacie samych rozgrywek jest niewyobrażalnie dla przeciętnego Polaka głęboka, a moi koledzy prawdopodobnie mogliby uznać, że kokietuję, mówiąc że ze składu znam tylko Lewandowskiego, skupię się na tym, co interesuje mnie, a jest to przestępczy charakter tej gry, zwłaszcza w kontekście TYCH MISTRZOSTW ŚWIATA.

Piotr Bukartyk – Euro 2012.

Nie jest tajemnicą, że organizacja imprezy została przyznana Katarczykom po licznych mniej lub bardziej zawoalowanych łapówkach, że sam kraj nie spełnia demokratycznych standardów, że podczas pospiesznej budowy wykorzystywani byli niczym niewolnicy, podle opłacani wykonawcy. No i fajnie, normalny człowiek by powiedział: TO JA WAS PIEPRZĘ, GRAJCIE SOBIE SAMI, PRZESTĘPCY Z FIFA Z ARABSKIMI NAFCIARZAMI! Niestety! Chciwy, obyty z przestępczością zorganizowaną światek kopaczy załatwia to inaczej. Piłkarze oczywiście „tylko grają”, działacze udają, że bojkotują. Zbigniew Boniek na przykład powiedział, że do Kataru nie jedzie i będzie oglądał mecze w telewizji. Ojojoj! Pewnie szejkowie spać z tego powodu nie mogą! A MEDIA??? Media udają, że są krytyczne. Np. gówniarze (skrót od gównodziennikarze) z Polski, korzystając w najlepsze z akredytacji, publikują artykuły o skandalicznie drogim kebabie za 40 złotych! No i tyle, bo co ja tu więcej będę pisał?!

Krótka historia o człowieku, który uważał, że dawniej było lepiej.

Przy okazji spodziewanych występów polskich kopaczy, rodzime portale zamieszczają reminiscencje z „lat świetności” polskiej piłki, gdzie punktem wspólnym są wspomnienia o reprezentacyjnym chlaniu na umór i pijackich ekscesach. Najlepsze jest to, że wspominający eks-reprezentanci zdają się być z tego powodu dumni. Nie mam pytań.

Skoro już notka się zrobiła bardzo społeczno-obyczajowa, to na zakończenie mam dla Was „Piątkową opowieść”, tzn. działo się to w ostatni piątek i gdy to opowiedziałem małżonce mej Świechnie, zasugerowała mi, że to dobra historia na bloga. Wiecie, że od czasu do czasu zamieszczam anegdotki o bardzo charakterystycznych zachowaniach Polaków, czy innych przedstawicieli homo-sovieticus z obozu postkomunistycznego. Wtedy się podnosi gwar, że uogólniam, a ja po prostu piszę o czymś, czego Irlandczyk nigdy by nie zrobił, a Polak i owszem, nawet na moich oczach.

Na zlecenie luksusowej firmy branży odzieżowej robiliśmy kompleksowy remanent (butik, zaplecze i magazyn). Już, już kończyliśmy, właśnie sprawdzałem, czy czegoś nie pominęliśmy, gdy wpadł kierowca o znajomym, słowiańskim wyglądzie. Z miejsca nadstawiłem uszu, bo podniesiony ton jego głosu wskazywał na to, że facet nie zakumał, iż jest w cywilizowanym kraju, a jego Grajdołków pozostał 1500 km na wschód, za morzami, za lasami, za rzekami. Sprawa miała się tak:

Firma zlecająca wysyłkę nie przygotowała towaru do załadunku. Manager odpowiadający za zlecenie nie dopełnił obowiązków, kilkadziesiąt niezbyt ciężkich paczek zamiast na rampie, czekało w magazynie na piętrze. Zdarza się. Cywilizowany kierowca by poprosił o określenie, czy jest szansa na przygotowanie przesyłki, bo w tej formie niestety, ale nie może jej przyjąć, bardzo przeprasza, ale ma swoją robotę do wykonania. Po otrzymaniu odpowiedzi zdecydowałby, czy wrócić na pusto, czy poczekać aż spełnione zostaną warunki do rozpoczęcia załadunku, mógłby jeszcze rozważyć osobistą pomoc, jeśli by mu bardzo zależało na kursie. Co zrobił polski kierowca…???

Janusz Gajos – Nowy kierownik od leżaków.

Najpierw zaczął się mądrzyć, wykładając pracownicom teorię zaufania, tzn. jak on ma wierzyć, że w ogóle ktokolwiek jego firmie zapłaci, skoro towar jest nieprzygotowany. Tak był zachwycony swymi racjami i sposobem ich przekazywania, że nawet nie zauważył, że jest ignorowany (widocznie brak chęci podjęcia pyskówki uznał za oznakę słabości, możliwa jest też opcja, że żadna głębsza myśl nie rozjaśniła jego przestrzeni między uszami). Owszem, jedna z pracownic zadzwoniła do managera, nagrała na automatyczną sekretarkę zapytanie w tym temacie i spokojnie czekała na odpowiedź, zajmując się swoimi sprawami, ale to było tyle, co mogła w tej sprawie zrobić dla kierowcy, który zadzwonił w tym czasie do swojego szefa, też Polaka, by w sposób bardzo niekulturalny i głupi przedstawić mu zastaną sytuację. Głupi, bo zakładał, że nikt go nie rozumie, niekulturalny, bo zaczął wszystkich nas tam pracujących wyklinać, że coś sobie robimy, a moglibyśmy mu pomóc znieść paczki, krzyczał też do swojego szefa, że on to chce co najmniej sto euro ekstra, jeśli ma coś tutaj nosić.

Pogadał, pokrzyczał, pożalił się i nagle „miał pomysła”. Podszedł do pracownicy z którą dyskutował o zleceniu, zaczął na głos liczyć pracujących ludzi i rzekł, że gdyby wszyscy tutaj zaczęli nosić towar, to szybko by sprawa była załatwiona. Wczujcie się w położenie ubranej w garsonkę kierowniczki luksusowego butiku (bo to ona zaszczycana była światłymi uwagami), w chwili gdy randomowy kierowca próbuje na niej wymusić podjęcie pracy tragarza i nakłonienie do tego samego pozostałych ludzi zajętych swoją robotą. To trochę tak, jakby elektryk wezwany na salę operacyjną wezwał personel chirurgiczny do pomocy przy przeciąganiu kabla pod sufitem. Nasz Rodak nie znał jednak obciachu. On naprawdę poczuł się w tym momencie kierownikiem i rozwijał swój plan sugerując, że gdyby zorganizować wózek, to byłoby szybciej. Kierowniczka odpowiedziała spokojnie, że na dole są dwa wózki, więc może użyć jednego. Nie wiem, kiedy Ziomal zorientował się, że albo przeniesie toboły sam, albo spokojnie poczeka na odpowiedź managera od logistyki, ewentualnie odjedzie z niczym, bo my już skończyliśmy, zabraliśmy swój sprzęt, życząc wszystkim (w tym kierowcy) miłego dnia. Po drodze zastanawiałem się skąd Januszowi przyszło do głowy, że skoro on nie chce za darmo nosić towaru, to ktokolwiek inny będzie chciał to robić, ale to już jego problem.

Po tej przydługiej historii pozostaje mieć nadzieję, że rozumiecie dlaczego pokrzykiwania najlepszego z rządów na Komisję Europejską zostaną przyjęte identycznie, jak pokrzykiwania naszego anonimowego Rodaka.

113. Kraj.

Działo się to w kwietniu 2013, a wrażenie było tak silne, że obraz ten do dzisiaj mam w głowie. Sobieszów, Jelenia Góra, ławeczka przy ścieżce wiodącej w kierunku zamku i rezerwatu „Chojnik”, gdzi wybierałem się w celach turystycznych. Na siedzisku spoczywały dwie nastolatki (mogły nie mieć nawet piętnastu lat) rozpijały z gwinta wino proste wraz z dwoma czterdziestolatkami o aparycji kryminalistów. Taka gmina! Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tam urodził się też Dariusz Miliński, ocalony przez sztukę artysta i społecznik, który dziś porusza niebo i ziemię, by zapomniane przez bogów i ludzi dzieci z okolic pobliskiej Pławnej k. Lubomierza miały możliwość rozwinąć talent, nabrać pewności siebie, uwierzyć w odmianę losu. Jego autobiografia „Urodzony na cmentarzu” powinna być lekturą obowiązkową dla kandydatów na nauczycieli, kuratorów i pracowników MEN, bo pokazuje wszystkim wychowanym w bańkach „dobrych domów” niewyobrażalne rozmiary patologii czające się tuż za rogiem. Oprócz tego, książka pokazuje cud, jaki może nastąpić, gdy dziecko z takim beznadziejnym startem otrzyma pomoc w postaci dostępu do kultury i sztuki oraz możliwość rozwijania talentu. Nie sądzę, by pan Darek czuł dzisiaj potrzebę dowodzenia swojego patriotyzmu poprzez darcie ryja w tryskającym agresją tłumie, czy przez palenie rac i skandowanie szowinistycznych haseł, a jeśli zabiera głos w dyskusji, to np. tak:

Dariusz Miliński – Prężąc muskuły…

W tym roku po raz kolejny jakiś pan Pierdziuszkiewicz zorganizował paradę zdominowaną przez chłopców z płonącymi racami, tym razem pod hasłem „SILNY NARÓD – WIELKA POLSKA”. Gdy zobaczyłem zdjęcie wąsatych Januszy z Polkowic targających transparent tej treści, parsknąłem śmiechem, bo skojarzyło mi się to z pewną odznaką:

Nie wiem.., mam mieszane uczucia…, jakoś nie wyobrażam sobie, by ktoś naprawdę silny potrzebował chodzić z transparentem „SILNY, ŻYLASTY MĘŻCZYZNA, 105 KG WAGI, IQ 150”, chyba że byłaby to komedia.

Innym humorystycznym akcentem marszu była poruszająca się z tłumem grupa przebranych za szlachtę konnych jeźdźców (husaria i inni), bo rzeczywiście tak to mniej więcej wygląda: banda chłopskich potomków czci nabożnie szlachtę, niewolniczo wykorzystującą ich przodków, marząc o tym, by być takim husarzem.

A wiecie, że szlachta stanowiła (według różnych szacunków) zaledwie 6 do 10% ogółu społeczeństwa?

Swoją drogą to ciekawe, że wśród chłopskich potomków nikt nie przebiera się za dawnych gospodarzy, parobków, mieszczan, nie przebierają się nawet za duchownych. Nie ma wśród nich ani dzielnego Janosika, ani Piasta Kołodzieja! Sama szlachta – i to z czasów najgłębszego niewolnictwa! Cóż…, gdy byłem mały, na podwórku każdy pies był Szarikiem, chłopiec Jankiem, dziewczynka Marusią albo Lidką, a każdy mały szkrab na zabawie karnawałowej zakładał pelerynę i maskę Zorro!

Aaaa…, byłbym zapomniał…, w tym roku za Pierdziuszkiewiczem tuptał poseł Zero, czyżby kumpli szukał na wypadek wykopsania z tzw. „Zjednoczonej Prawicy”?

Salon niezależnych feat Wojciech Belon – Żródło.

„A ja na nazwy i na znaki sram. Nie fetysz granic mnie tu trzyma, lecz miejsca… i w tych miejscach przyjaźń!”

Jacek Kleyff, Żródło.

Nie pisałem nic o Halloween, Dziadach, ni o Wszystkich Świętych i Zaduszkach. Korciło mnie, bo wiele rozmawiam o śmierci z małżonką mą Świechną, tyle że nasze rozmowy są dalekie od całej mistycznej aury okalającej tę tematykę. Nas zwyczajnie ogarnia wkurw, gdy młodzi ludzie giną z powodu nałogów, samobójstw, porachunków gangsterskich i wojennych. W tym roku szczególnie ciężko było mi komentować listę zmarłych, bo w Ukrainie giną ludzie, którzy chcieli po prostu normalnie żyć. Wściekły jestem, gdy uzmysłowię sobie, że ginie nauczycielka, sportowiec, lekarka, dyrygent, budowlaniec, tancerka, tylko dlatego, że Fiutinowi się zdało, że jest Piotrem Wielkim. Do szału doprowadza mnie anonimowość tych ofiar, których zwie się po prostu „obrońcami ojczyzny”, „bohaterami”, etc…, podczas gdy oni mieli imię, nazwisko, rodzinę, przyjaciół, pasje, umiejętności, namiętności. Irytuję się, gdy słyszę „nie zapomnimy”, bo my nawet nie wiemy, o czym mamy pamiętać. Tak się chyba uzewnetrznia moja bezsilność wobec wojny.

Przemysław Ginrowski – Postacie.

Zobaczyłem na f-b kilka zdjęć moich kolegów z lat wczesnej młodości. Przystojni, pełni wigoru, przerażająco biedni: podkoszulki, przyciasne i znoszone szorty, na stopach co się trafi. Dwóch z nich zabił alkoholizm, jeden stracił pół dorosłego życia za kratkami, jeszcze inny dogorywa pijąc w samotności, robiąc za ciecia i parobka na jakimś niemieckim kampingu, ciężko się z nim rozmawia przez telefon, monotonia jego życia nie daje mu możliwości snucia opowieści. To też mnie przygnębia. Nie wychowywaliśmy się, kurwa, w żadnych „fajnych, beztroskich czasach”. Byliśmy biedni, sfrustrowani, nie potrafiliśmy planować przyszłości, bo nie wierzyliśmy, że może w niej nas czekać coś dobrego, a mówiąc o biedzie, nie mam na myśli finansów jedynie, ale też nędzę kulturalną.

112. „Kuku na muniu albo Breżniew w podróży”- obwoźny teatr demencyjny.

Alarmowy numer notki (112) zobowiązuje, więc do rzeczy: Gdy wskazywałem, że wiszący na mamusinym cycu starzec bez znajomości języków obcych, obsługi komputera i internetu, konta bankowego, obsługi samochodu i pojazdów mechanicznych, jest słabym kandydatem na męża opatrznościowego Polski, oprócz obelg otrzymywałem zapewnienia, że NIE TO JEST NAJWAŻNIEJSZE. Że dziadyga porusza się i wygląda, jakby miał 20 lat więcej niż w rzeczywistości, że nigdy w swoim marnym żywocie nie zaznał sportu, nie potrafił znaleźć na dłużej partnera/ partnerki, to również okazywało się nieważne. Że nigdy w życiu niczego nie zrobił samodzielnie (począwszy od filmu „O dwóch takich, co ukradli księżyc”, gdzie głos za niego musiała podkładać aktorka, aż po dzień dzisiejszy, gdzie samodzielnie nie tylko grobu matki nie potrafi wyczyścić, ale nawet przypilnować zapięcia rozporka na publiczne wystąpienia, ba butów do pary wybrać nie potrafi), to również nie miało znaczenia, ale OBWOŹNY TEATR DEMENCYJNY, który aktualnie nam prezentuje Jarozbaw, woła o całodobową opiekę geriatryczną, a nie o najwyższe stanowiska państwowe.

Andrzej Poniedzielski – Starość.

Po wykładach o wyjadaniu kartofli sadzonych dla dzików, węglu sortowanym zamieniającym się w transporcie na niesortowany, usłyszałem teraz wykład o tym, że Polki chleją i nie rodzą przez to dzieci, bo kobiecie wystarczy dwa lata picia do zostania alkoholiczką, a mężczyzna by się uzależnić, musi wódę lać w gardło lat dwadzieścia (skąd się do cholery biorą ci studenci, którzy z powodu uzależnienia nie tylko nie są w stanie skończyć studiów, ale nawet na wykłady i zajęcia obowiązkowe nie są w stanie dotrzeć, to naprawdę nie wiem). Jaki jest wkład naszego dziadygi w robienie dzieci, tego się nie dowiedziałem. Owszem, zdążyłem się już przyzwyczaić, że prezes pan plecie trzy po trzy, wszak sam zapewniał, iż nikt ich nie przekona, że czarne jest czarne a białe jest białe, ale ostatnio on ani nazwy miejscowości nie potrafi bez pomyłki wymówić, ani nazwiska. Ostatnio chciał być Bufetem, mylił Brejzę z Mejzą, żalił się na jakiegoś Maskułę, proponował by każdy miał w domu karamatę i pochwalił się, że opanowali mechanizm okradania Polski.

Był do niedawna w polskiej patopolityce taki pan znany z pierdologii stosowanej, głoszący prawdy z dupy wzięte w stylu „niepełnosprawnością można się zarazić”, czy „by oszczędzić ludzkości kolejnych konwulsji, musimy jasno i stanowczo powiedzieć naszym kobietom, starcom i dzieciom: MY TU RZĄDZIMY!” albo „gdy kobieta ma pryszcz na twarzy, stara się nie wychodzić z domu; to samo jest z niepełnosprawnymi”. Był, bo nawet nie zauważył, jak stetryczał i zniedołężniał. Zaczął zasypiać w Sejmie, w Europarlamencie, w wyjątkowo zresztą nieestetyczny sposób – z otwartymi ustami i ślinotokiem, ale ignorował objawy. Potem były coraz gorsze dolegliwości wieku podeszłego, no i teraz prezes Korwin-Mikke rzeczywiście zniknął, mam nadzieję, że traktują go tak, jak według niego powinno się traktować niepełnosprawnych i starców.

Prezes Wolski jednak nadal jest obwożony – i to bez klatki, bez kagańca. Nadal chce władzy. I zdaje się, że to nie jest takie ważne. Inflacja 25%, brak opału na zimę.

111. Nie, pani Paulino. Ci ludzie nie lądują, oni rozbijają się o mur.

Miłość jest najważniejsza? A co z LGBTQA+, które za sprawą waszej TVP nagonki tracą oparcie w rodzinach, popełniają samobójstwa, lądują na leczeniu psychiatrycznym?

Paulina Młynarska do Joanny Kurskiej (Klimek po pierwszym mężu).

Kontekst powyższej wypowiedzi jest taki: Ni to celebrytka, ni to aktorka, Katarzyna Cichopek wkrótce po rozwodzie zademonstrowała swą „głęboką religijność” serią rozmodlonych zdjęć z Jerozolimy (ze sobą samą w roli głównej i nowym partnerem w tle), na co będąca w podobnej sytuacji nowa pani Kurska, przysłodziła jej tekstem o miłości, która jest najważniejsza. Obie panie ściśle współpracują z najlepszą z telewizji narodowych, obie uwielbiają „dawać się zaskoczyć przy modlitwie” w słynnych (koniecznie, w końcu sroce spod ogona nie wypadły) miejscach kultu religijnego (vide miejsca ślubu obu pań, czy wspomniany fotoreportaż z Jerozolimy). I to właśnie tę hipokryzję wytknęła im Paulina Młynarska, wzmacniając ją jeszcze oceną propagandowego przekazu kurwizji, dla której pracują.

Mirosław Czyżykiewicz – Jaromir Nohavica cover – Myszka Miki.

O ile hipokryzja jest wdzięcznym tematem do obśmiania, to kwestia prześladowania osób, a zwłaszcza dzieci LGBTQA+ już do dowcipkowania się nie nadaje, mimo iż najlepszy z prezesów uważa wręcz przeciwnie, wyśmiewanie mniejszości wydaje mu się świetną zabawą, do czasu oczywiście, gdy znajdzie się odważny prokurator, który postawi go przed niezależnym sądem. Tymczasem prawda jest gorsza, niż to wyraziła Młynarska: Ludzie lądujący na leczeniu psychiatrycznym mogą się uznać za szczęściarzy, bo mają szansę na pomoc, choć oczywiście nie mogą wiedzieć, czy będzie skuteczna. W ogóle za grubą niezręczność uważam straszenie leczeniem, zwłaszcza w mediach. To brak możliwości leczenia jest tym, czego należy się bać, a jeszcze bardziej można się bać szarlatanów, np. duchownych próbujących zastąpić psychiatrów, czy psychoterapeutów. Zresztą, zainteresowanych problemem braku dostępności opieki psychologicznej i psychiatrycznej u grupy najbardziej wrażliwej, czyli dzieci i młodzieży, odsyłam do tego wywiadu (KLIKNIJ TU, BY POCZYTAĆ). Między innymi dlatego, większość osób LGBTQA+ zderza się ze ścianą.

Brak dostępności opieki specjalistycznej, to jedno, wyrażanie się o sięgnęciu po tę opiekę, jakby to była porażka (chociażby tak, jak to zrobiła pani Paulina), to drugie, ale najstraszniejsze jest trzecie, czyli znęcanie się nad osobami potrzebującymi pomocy specjalistów. Ostatnio przoduje w tym zorganizowana grupa przestępcza zwąca siebie samą „świętym (buuuchachacha….) kościołem Jezusa”, który miał ponoć powiedzieć „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili.”

To teraz ćwiczenie empatii: Wyobraźmy sobie, że dorastamy w Grajdołkowie, gdzie władzę, nie wiedzieć czemu, trzyma proboszcz pan. Mamy 12 lat. Nasi rodzice, choć jeszcze tego nie wiemy, to zjeby uważające, że dziecko jest ich własnością i służy do spełniania ich poleceń. Póki co, zdaje się nam, że ponieważ nas karmią i dają dach nad głową, a raz nawet wstawili się za nami, gdy kradliśmy jabłka, to znaczy że nas chronią i jesteśmy przy nich bezpieczni. Jeszcze nie wiemy dlaczego, ale wolimy się kumplować z przeciwną płcią, a nasza płeć wywołuje w nas coś głębszego, czego czasem jeszcze nie umiemy nazwać, ale boimy się tego i nie wiemy, czy mamy się tego wstydzić, czy się z tego cieszyć. W pewnym momencie zaczynamy rozumieć, co starsi koleżanki i koledzy mówią o „lesbach i pedałach”, od niektórych czujemy „tylko” bijącą pogardę, a od innych wściekłą agresję psa tresowanego do walki w klatce. W kościele proboszcz pan podsyca tę agresję mówiąc o znieważaniu tzw. „boga”, a z telewizora to nawet pan biskup szczuje dehumanizując nas…, tak…, nas, bo w pewnym momencie niejasne przeczucia, że to my jesteśmy celem ataku, stają się dla nas oczywiste. Mijają lata, dorastamy, czujemy coraz mocniej potrzebę bliskości, podniecenie, już wiemy dlaczego jesteśmy inni. Pół biedy, gdy chodzi o pociąg seksualny, możemy uciec do większego miasta lub za granicę i tam szukać partnerki/ partnera, ale jeżeli chodzi o brak akceptacji własnej płci biologicznej, rozbieżność płci mózgu z płcią ciała, to przed tym uciec się nie da. A tu szczujnia naokoło: Fuhrerowi Kaczyńskiemu spin doktorzy donieśli, że podsycając nienawiść do mniejszości seksualnych może uzyskać brakujące punkty procentowe do utrzymania władzy, więc atakuje wraz z kościołem, episkopatem i całym duchowieństwem. Zorganizowana grupa przestępcza prokuratorów Ziobry udaje, że nie widzi przestępstwa podżegania do nienawiści, to samo ze zorganizowaną grupą przestępczą sędziów. Znikąd pomocy, a już na pewno nie z ich strony! To może rodzice? Ale w domu słyszysz, jak tatuś gada do telewizora, że tych pedałów to by do wojska posłał, to by im porządna musztra „zboczenia” z głowy wybiła, a „tym lesbom wszystkim”, to kochający tatuś zrobiłby dobrze, bo chłopa im potrzeba. Udało ci się kiedyś podsłuchać, że tatuś nawet mamusi nie umie zrobić dobrze, więc idziesz do niej, licząc, że cię zrozumie, ale od niej dowiadujesz się, że zawodła się na tobie i że już nie jesteś jej dzieckiem.

Dead Kennedys – Kill the Poor.

No i pozamiatane. Zdradził cię ojciec, zdradziła też matka. W wypadku dostępu do opieki psychologicznej sprawa nie byłaby tak ciężka: Terapeuta postarałby nam się wytłumaczyć, że to nie my wybieramy sobie rodziców i nie odpowiadamy za to, jakimi są złamasami. Oczywiście zrobiłby to gładkim, terapeutycznym tekstem, bez wulgaryzmów. Niestety, bez takiej opieki, dzieci są skłonne winę za zbrodnie rodziców przypisywać sobie: „Kim ja jestem, skoro mam takich rodziców”. I tu rolą psychoterapeuty byłoby wytłumaczenie, że to nie twoja wina, bo to rodzic miał szansę cię wychowywać, a nie ty rodzica. Mógłby wskazać drogę: Skończysz szkołę, usamodzielnisz się, możesz z miejsca odejść w bezpieczniejszy świat. To nie jest niemożliwe, dziesiątki tysięcy młodych Polaków emigrowało, tobie też może się udać. A rodzice? Ich wybór! Z czasem dziecko staje się silniejsze, a rodzice słabsi, to oni będą potrzebować pomocy, jak będą chcieli, to się do ciebie zwrócą, a jak nie, to nic na siłę, jeszcze nikomu wrzód na dupie nie pomógł!

Problem w tym, że nie ma kto tego wytłumaczyć dzieciom, przecież nie zrobi tego zdradziecki rodzic, on raczej będzie manipulować poczuciem winy dziecka. Jak nie uda mu się zmusić cię siłą, to będzie grać ofiarę („Taką przykrość mamusi robisz”). Co zatem pozostaje? Można spróbować przyłączyć się do hierarchicznej mafii katolickiej, w końcu sam papież pierdylionlecia pozwalał im za łapówki nawet na gwałcenie dzieci, nie mówiąc już o nienagłaśnianych romansach między sobą. TYLKO NIE MÓW NIKOMU! Wystarczy być bezwzględnym karierowiczem i można iść w ślady mianowanych przez papieża, tego papieża, biskupów Paetza, Wesołowskiego, Głódzia, można poprzestać na nieco mniej eksponowanym, a równie intratnym stanowisku, niczym Jankowski, Cybula, czy Makulski. Tylko, że tu trzeba się obrócić przeciw takim jak ty, czyli niejako przeciw sobie samemu.

Coma – Nie wierzę skurwysynom.

Kiedyś już o tym pisałem, ale warto o tym przypomnieć: Nie cały świat jest taki porąbany, jak tereny na wschód od Odry (w Polsce dopiero się zaczyna, ale pójdźcie dalej na wschód, to łoj!). Mieszkamy ze Świechną w miejscu, gdzie nawet emerytki oburzają się na księdza, gdy próbuje szczuć na ludzi, czy to z powodu decyzji o aborcji, czy z powodu orientacji seksualnej. Tu żadna partia nie zyska dodatkowego poparcia promując homofobię, bądź podpierając się katolicyzmem (naprawdę, w ostatnich wyborach żadna z głównych sił politycznych nie umieściła w programie „wartości katolickich”, czy czegoś równie wątpliwego moralnie). Mamy koleżanki, które uciekły tu z Polski wraz ze swoim wyższym wykształceniem, by móc spokojnie żyć ze swoimi partnerkami. Po co Polsce dodatkowa architektka lub ekonomistka, skoro są Misiewicze i PiSiewicze? A one tu sobie żyją w spokoju i pogodzie ducha i może mogłyby coś przekazać pomiotowi Wojtyły, tylko po co, skoro nawet Narodowi to nie przeszkadza?

Ralph Kamiński – Autobusy.

Oj, chyba za bardzo się skupiłem na kwestii płciowości, a przecież to tylko wierzchołek góry lodowej potrzebujących. Na zakończenie oddaję głos młodym ludziom, którzy dotarli w końcu do psychologa. Masz ochotę poczytać, KLIKNIJ TUTAJ.

Aurora – Queendom.

P.S.

Naprawdę da się żyć zgodnie ze swoimi przekonaniami. Ja i Świechna jesteśmy tego przykładem: Odrzuciliśmy wszelkie kulturowe „TRZEBA”, obyliśmy się bez ślubu kościelnego, bez wesela, nawet podróż poślubną zrobiliśmy taką, jak chcieliśmy: po dzikiej ścianie wschodniej Polski z noclegami w swojskich agroturystykach, zwiedziliśmy cerkiew w Górze Grabarce, meczet w Kruszynianach, synagogę w Tykocinie (nadmieniam na wypadek, gdyby się komuś wydawało, że polska kultura, to tylko katolicyzm), zadomowiliśmy się z naszą wiedzą i doświadczeniem na Zielonej Wyspie (Polska nie zachęciła nas przesadnie do życia dla niej), zapraszamy do siebie wyłącznie tych, których chcemy zaprosić i vice versa – zupełnie obce jest nam przyjmowanie zaproszeń od ludzi, których nie mamy przyjemności odwiedzić (nawet, jeśli to jakaś rodzina), nie dajemy się nakłonić do żadnych czynności społecznych, religijnych, czy politycznych, jeśli nie są one zgodne z naszymi przekonaniami i zwykłą chęcią, a do tego MAMY SIĘ ŚWIETNIE. To, że jesteśmy heteroseksualnymi ateistami, nie przeszkadza przyjaźnić się z różnymi ludźmi, bez względu na ich orientację seksualną i wyznanie, co nie znaczy, że przyjaźnimy się z każdym, bo faszyści, komuniści i fanatycy religijni są przez nas traktowani chłodno i z należytym dystansem. Jest nam z tym naprawdę dobrze, nie odbija się to negatywnie, ani na naszych przyjaźniach, ani na naszym związku. Widocznie miłość nie polega na bieganiu przed ołtarz, ni w okolice kruchty, czego najwyraźniej jeszcze nie wiedzą panie Kurska, ni Cichopek.

110. Elementarz PiS. Awans.

Gdy mnie doszły słuchy o zmianie pozycji gwiazd na partyjnym firmamencie, jakiś taki liryczny nastrój od razu mnie ogarnął, że najpierw nutkę zapodam, a z nią nawet kawałek tekstu…,

Jacek Skubikoski – Jedyny hotel w mieście.

…a potem od razu pójdę w poezję.

To jest pan Janusz Kowalski.

Pan Janusz to człowiek Ziobry.

Będzie ministrem rolnictwa,

choć wcale nie jest w tym dobry.

Wiem, wiem, moja moc twórcza utrzymuje się na poziomie poprzedniego felietonu, więc należy się Wam muzyczny przerywnik…

Andrzej Rosiewicz – Graj Cyganie, graj.

…i już jedziemy dalej z tym koksem (na zimę jak znalazł).

To jest Gabrysia Masłowska.

Gabrysia – wtyka Rydzyka,

więc w eRPePe dziś zasiada.

Ciężka jest praca górnika!

Wały Jagiellońskie – Twój pierwszy elementarz.

Członka z obrazka poniżej przedstawiać nie trzeba, bo już był panem marszałkiem kochanym, prywatnie upodobał sobie kwaśne jabłka z Podkarpacia, rodzinnie zaś starał się nawiązać do „Wniebowziętych” Kondratiuka. Po jego młodzieńczych ksywach z komuny hipisowskiej (przytoczony już Członek i Penelopa) wnoszę, że z powodu cech wrodzonych, zawsze miał pod górkę.

A to jest Marek Kuchciński,

lubi go prezes Kaczyński.

Jest szefem KaPeeReMu,

bo oblatany, choć świński.

Nie będę Wam odbierał przyjemności odszukania w sieci co ciekawszych wypowiedzi, czy incydentów związanych ze świeżo awansowanymi partyjniokami, podpowiem tylko, że warto, poszukać zawsze warto, chociażby dlatego, by się zorientować dlaczego minę mam niczym ten ogólnie znany pan z mema poniżej.

Tak sobie teraz kombinuję…, był ktoś od Ziobry, Rydzyka, Kaczyńskiego, to przy najbliższym tasowaniu chyba znowu czas na blotki pana Zbyszka.

Sami powiedzcie, czy ten przystojny, odważny i minimalistycznie ubrany prokurator nie powinien trafić do Trybunału Kucharskiego pod skrzydła Julki Wolfgangowej i Plugawego Krystyna? Ostatnio mu się nie wiodło, ale jakiś stołek na zachętę by się chyba przydał, bo nam się nieborak tej zimy przeziębi, on zgrzebną koszulinę na niedziele ma jedynie, a o butach, to nawet marzyć by nie śmiał ale żyje i pracuje dla partii i Polski. Wódka, chłopak, dziewczyna – normalna rodzina, biało-czerwona drużyna!!!

109. Tak naprawdę, to nie ma na świecie dużo felietonów lepszych, niż ten.

Tak naprawdę, to nie ma na świecie ludzi dużo mądrzejszych, niż ja (…). Niestety, niesprawiedliwie, noblistą nie jestem!

Epoka Ciekawostek – Jarosław Najmądrzejszy.

Naprawdę staramy się i sięgamy do wszystkich, także dla tych najbardziej pokrzywdzonych…, tych miejsc, gdzie tych głodnych dzieci było naprawdę dużo, tych miejsc, gdzie ludzie zbierali po lasach kartofle zasadzane dla dzików…, przez leśników (człowiek nie czuje, jak mu się rymuje)! Bo tak było! Tak było, ja to mogę potwierdzić (a jak potwierdza najmądrzejszy człowiek na świecie, to sami wiecie…), bo mnie to bezpośrednio ci leśnicy opowiadali!

Spółka z o o – Fakty autentyczne 21.

I pamiętajcie, moi drodzy, mogę wam to potwierdzić, bo mnie prezes pan z laptopa gadał, węgla jest zakupiona odpowiednia ilość, tzn. trzy razy więcej niż potrzeba, bo do palenia w piecach, zwłaszcza tych nowoczesnych, potrzebny jest sortowany, a on jest jeszcze niesortowany, a potem, jak się go posortuje i przewozi, to on znowu zamienia się w transporcie w niesortowany. Zresztą nawet „jej autoryteta” Zalewska twierdzi stanowczo, że Jarosław Kaczyński nigdy nie mówi o rzeczach, o których nie usłyszał. Nie wiem jak was, ale mnie przekonała (nie wiem, czy czuć wystarczająco mą ironię, stąd dopisek dla wyborców najmądrzejszego prezesa świata), buuuchachacha…!!!

Ja wiedziałem, że tak będzie. I nie dlatego, że kolega z piosenki Grzegorza Halamy mógł wziąć śpiworek. Nawet nie dlatego, że w roku 2018, niejaki Tchórzewski Krzysztof, minister energii (to szef takiego resortu utworzonego przez PiS w roku 2015 i zabitego przez tenże PiS w 2019), sierota po swym ministerstwie, zawierzył je i z nim razem wszystkich energetyków opiece Matki Bożej Królowej Polski. Po prostu wiedziałem, że jeśli Polską rządzi niedołężny tyranek, który nie potrafi założyć butów od pary, to może być tylko tak. A dziki już dawno mówiły, że im głodne dzieciary ziemniaki wykopują! A nie mogły za radą marszałek Gosiewskiej se po prostu namiotu w lesie rozstawić i żreć kanapki z kawiorem? A domu docieplić przed sezonem nie mogły, jak premier zaleca? Zbierać chrust przecież by się dało, jak minister Siarka doradza, palić trzeba przecież było wszystkim (z wyjątkiem opon oczywiście), jak mawia sam prezes pan! A jeść mniej i nie tak drogo, to nie łaska?! Sam minister edukacji o tym mówi! Mogły, tylko wtedy nie było we władzach pana Siarki (nie mylić z Siarą), Czarnka, Gosiewskiej, Morawieckiego, samego Kaczyńskiego, żeby im mogli światłych wskazówek podczas ojcowskiej wizyty udzielić.

Tak naprawdę, nie ma na świecie dużo lepszych felietonów, niż ten. Niesprawiedliwie nie dostałem żadnego Pulitzera, choć dużo lepszych felietonistów też nie ma. Tylko, że ja nie jestem prezesem Wolski!

108. Uzależnienia. Najpierw zrozum, o czym są te filmy.

Te filmy dzieli 45 lat: „Afonia” (Georgi Daneliya, 1975, ZSRR) i „Na rauszu” (Thomas Vinterberg, 2020, Dania/ Szwecja/ Holandia). Obejrzałem je w ramach seansów obowiązkowych, wiedziałem że chcąc poznać najważniejsze filmowe komentarze do tematyki uzależnień, nie mogłem tych dwóch pozycji pominąć. Oprócz tematu, te dwa diametralnie różne spojrzenia łączy jedno: Widownia ma kłopot ze zrozumieniem tego, co zobaczyła. Stereotypy, marzeniowe podejście do rzeczywistości oraz mechanizmy wyparcia powodują masowe złagodzenie odbioru, choć oba filmy wyraźnie ukazują utratę kontroli, destrukcję życia bohaterów i ich rodzin. Widzowie chcą tu widzieć komedię, a nawet dowód, że regularnie przyjmowane używki wcale nie muszą być złe. Ups…, trzeba było uważać!!!

Krokodyl Gienia – Piosenka urodzinowa.

„Afonia” ukazuje stosunkowo krótki okres życia tytułowego bohatera, przetasowany z jego wspomnieniami i marzeniami. Pomysł bardzo mi bliski, bo i ja swój amatorski film o alkoholowej tematyce skonstruowałem podobnie. Nie ukrywam, że moje ego zostało mile podłechtane, bo swój obraz robiłem bez znajomości tego klasyka, nawet nie znałem streszczenia. W dodatku z moją wizją zbiega się tu fakt, że Georgi Daneliya unikał scen drastycznych, to nie Smarzowski, u którego w ruch idzie siekiera, głowy bohaterów lądują w muszlach klozetowych, a ich bielizna nosi wyraźne ślady awarii zwieraczy. Film opiera się na emocjach. Oglądamy całkiem przystojnego faceta, który z powodu nadużywania alkoholu ma zupełnie zaburzony obraz rzeczywistości: Zamiast realnych, życzliwych mu ludzi, wybiera swoje mrzonki, nie odróżnia przyjaciół od ludzi mu obojętnych. Poczciwy, lecz zaślepiony Krokodyl Gienia, zupełnie niezauważający życzliwych mu ludzi, odtrącający ich i rzucający się w czeluść swych fałszywych wyobrażeń. Sielankowy obraz dzieciństwa odbiera jako realną wizję, chłopców z którymi się bawił widzi w ten sam sposób, w jaki ich zapamiętał, a przygodną kobietę obdarza wydumanymi przymiotami, robiąc dla niej w swej fantazji główne miejsce w swoim życiu. Tymczasem ludzie, których pamięta nie żyją, bądź zmienili się znacząco (podobnie jak on sam), a obdarzona uczuciem kobieta nawet w opcji nie bierze go pod uwagę i dopiero, gdy na własne życzenie Afonia traci przyjazne dusze, ustawia je na piedestale swych mrzonek. Samo życie. I jeszcze to dyskretne ukazanie, co można zrobić spotykając takiego człowieka na swej drodze: POZWOLIĆ MU SAMODZIELNIE PONIEŚĆ KONSEKWENCJE SWOICH WYBORÓW. Zostawić mu problemy do rozwiązania, zwolnić z pracy, której nie chce wykonywać, zająć się swoim życiem. Zakochana w nim dziewczyna znika bez śladu (pojawia się w końcówce, ale raczej jako oniryczna wizja, niż realna postać), ktoś z pracy wreszcie mówi: „zwolnijmy go”, nawet nastoletni uczniowie bohatera proszą przełożonych o zmianę instruktora widząc jego nieuczciwość. Może i chłop poczciwy, ale wybrał inne życie. Wiele, wiele emocji, przy bardzo oszczędnej formie. I głębokie przekonanie o szczerości obrazu…., i niedowierzanie, że Rosjanie odbierają ten film, jak komedię sentymentalną. Taki obraz destrukcji! Za najbardziej niesamowite uważam jednak, że takie dzieło powstało w miejscu i czasie, w którym wiedza na temat alkoholizmu była gorzej niż mizerna.

Dżem – Wehikuł czasu.

„Na rauszu” to z kolei film dość świeży, kooprodukcja powstała w krajach sumiennie i naukowo podchodzących do problemu uzależnień. Dlatego pierwszy kwadrans był dla mnie niczym strzał w pysk. Zdawało mi się, że twórcy kpią z wiedzy naukowej, snując mrzonki o zbawiennym wpływie kontrolowanych dawek alkoholu. To było tak absurdalne, że szybko odgadłem, iż jest to METAFORA ROZWOJU UZALEŻNIENIA. Faktycznie, film potwierdził moje przypuszczenia. Od euforii, rozluźnienia, przełamania blokad społecznych, barier międzypokoleniowych, czy kryzysów małżeńskich, po pasmo wstydu, żenady i tragedii. Nawet pomysł „eksperymentu”, który tak naprawdę nie spełniał jego znamion, gdyż grupa badana była zbyt mała, grupa kontrolna nie istniała, a założenia badania były zmieniane według widzimisię uczestników, jest genialną, choć nie wiem czy zamierzoną metaforą, bo przecież w powszechnym użyciu znajduje się eufemizm „eksperymentować z narkotykami”. I to umieszczenie akcji w szkole, co pokazuje jak zarażamy kolejne pokolenia pozornie niewinnymi zwyczajami, bo niejeden z Was, drodzy czytelnicy, jak mówi „uczcijmy to”, to ma na myśli „napijmy się”, prawda? I nie kryje tego przed dziećmi, ani przed młodzieżą, chyba nie odbiegam od statystycznych realiów taką sugestią??? Co mnie martwi, to komentarze do filmu. Duża, zbyt duża część komentatorów (włączając w to ludzi opiniotwóczych, jak np. prof. David Nutt, psychiatra i neuropsychofarmakolog) mówi: „Ten film pokazuje jak jest, że picie alkoholu może mieć też dobre skutki”. Nie zgadzam się z taką opinią, Wam też odradzam tego typu myślenie. Alkohol ma działanie rozluźniające, znieczulające, uspokajające, to prawda. Ma jednak skutki uboczne, nad którymi duża, zbyt duża grupa ludzi nie jest w stanie zapanować. Jeżeli zbadamy reprezentatywną grupę ludzi dorosłych, używających alkoholu, to okaże się, że nieco więcej, niż co piąty z nich pije szkodliwie. Kto z Was poszedłby rozluźnić się grupowo kąpielą w Nilu z wiedzą, że co piąty zostanie zaatakowany przez krokodyle, niektórzy z zaatakowanych będą mieć tylko blizny, niektórzy stracą nogę, a inni życie? Zwłaszcza, że można wykupić bilet na basen? Tak jest i z alkoholem. Ma dość dobrze poznane działanie, ale pożądany efekt można osiągnąć metodami, które nie są obarczone takim ryzykiem. Odnosząc to do filmu: Uczestnicy eksperymentu postanowili go zakończyć z powodu szkód społęcznych i ryzyka uzależnienia, jednak okazało się, że odbywał się on już poza ich kontrolą. Dwóch z czwórki głównych bohaterów na oczach widzów poniosło nieodwracalne straty, a dwóch pozostałych NA RAZIE się wybroniło, choć było już gorąco. Nie wiemy, jak potoczy się ich życie, ale…, tu zwrócę się do zwolenników teorii, że film pokazuje też użyteczność alkoholu, zauważmy że uczestnicy pseudoeksperymentu, to jedynie czwórka z dużego grona pedagogicznego. Cała reszta radzi sobie świetnie bez alkoholu i nie widzi najmniejszej potrzeby przeprowadzenia tych wątpliwej jakości badań.

King Crimson – Epitaph.

Jak myślicie, dlaczego widzowie tak chętnie zastanawiają się, co zrobić, by picie alkoholu miało jedynie pozytywne skutki, zamiast przemyśleć o niebo ważniejszą rzecz: Dlaczego pozostali filmowi nauczyciele świetnie sobie radzą bez destrukcyjnych używek? I dlaczego to tej grupy w swych „eksperymentach” nie chcą naśladować, tylko wolą strzelić sobie piwko, łyknąć pigułkę, wciągnąć kreskę, czy przyjarać maryśkę. Potocznie mówi się, że wszyscy piją, ale z każdych dziesięciu osób w Polsce, tylko jedna wypija dziewięć butelek alkoholu w czasie, gdy pozostałych dziewięć do spółki wypija zaledwie jedną. Innymi słowy: Przeciętna osoba pijąca szkodliwie pije osiemdziesiąt razy więcej, niż statystyczny, wolny od problemów związanych z nadużywaniem alkoholu obywatel. I skoro już tak na to spojrzymy, to dlaczego szukamy sposobu, by stanąć w grupie pijących osiemdziesiąt razy więcej i łudzimy się, że odbędzie się to bez negatywnego wpływu na nasze życie, a wręcz oczekujemy pozytywnej zmiany naszego życia?

107. Idzie zima, Polska w ruinie.

Dobiegła końca moja pielgrzymka po Polsce (o ile sobie przypominam z wizyt pana papieża, tego papieża, tak właśnie nazywamy żarcie na cudzy koszt, łączenie się w bólu lub modlitwie, opowiadanie o tym, co spożywaliśmy po maturze, etc.). Chociaż nie…, sam nie wiem, czy mogę tę wizytę tak nazwać, bo jednak zbyt często płaciłem za siebie, to ja kupowałem paliwo, sam dbałem o swoje bezpieczeństwo, no i nie przypominam sobie, bym komuś zaglądał pod kołderkę, nie mówiąc już o tym, że nawet mi do głowy nie przyszło, by kogoś pouczać. Poczyniłem za to kilka obserwacji dotyczących szarych obywateli i ich życia w Polsce.

T.Love – My marzyciele.

Pierwsze wrażenie, to ogólne przygnębienie mieszkańców Polski. Wylądowałem w Warszawie po wyjściu na jaw skali zatrucia Odry i jeszcze tego samego dnia przemieszczałem się na dotknięty skażeniem Dolny Śląsk. Podczas gdy zdający sobie sprawę z tego, co oznacza taka katastrofa, zastanawiali się nie kryjąc pesymizmu, ile lat będzie trwać odbudowa ekosystemu drugiej co do wielkości rzeki w Polsce, zwolennicy PiS nerwowo próbowali udawać, że nie ma tematu, więc ich humory również nie były zbyt dobre, bo weź i udawaj, że martwe ryby, to śpiące aniołki prezesa pana. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że minorowe nastroje, to także efekt kilku innych czynników: wojny w Ukrainie, drożyzny, zapaści gospodarczej i niepewnej przyszłości, ale z niemałą satysfakcją zauważyłem, że choć raz katastrofa ekologiczna wstrząsnęła Polską, krajem gdzie narodek wzrusza ramionami na wycinkę puszczy białowieskiej i wywóz w ten sposób pozyskanego drewna do Chin albo na smog w ich własnych miastach.

Byłem jednak przy przygnębieniu, zatem stosując zasadę „od ogółu do szczegółu”podam przykład, który mi zapadł w pamięć. Otóż spotkałem kolegę z dawnych czasów. Ostatnio z powodów zdrowotnych częściej jest na zwolnieniu, niż w pracy. Z jego organizmem jest tak źle, że w każdej chwili może zostać niezdatnym do wykonywania obowiązków służbowych, właściwie już jest, ale lekarze w medycynie pracy się nad nim litują i przedłużają mu certyfikat. Co ciekawe, facet nigdy nie dyskutował o polityce, bo po prostu za nią nie nadążał. Nigdy nie popierał, ani nie krytykował żadnej partii, bo nawet nie wie, kto w której z nich działa. Podkreślam to, bo zdecydowanie wykluczyć podłoże sympatii i antypadii partyjnych. Jest przerażony. Śmiertelnie przerażony, bo dotarło do niego, że jeśli nie będzie mógł pracować, to nawet przyznanie renty nie da mu możliwości godnego życia, choć jego potrzeby nie są wygórowane, chłopina nie ma i mieć nie zamierza nawet używanego samochodu. Tymczasem nadciąga zima, opłaty stałe rosną w zastraszającym tempie, nie widać światełka w tunelu. W dodatku chory nie ma rodziny, która by mu mogła pomóc.

Talking Heads – Life During a Wartime.

Było przygnębienie, a nawet przerażenie, więc teraz czas na gniew. Z nim spotkałem się u ludzi lepiej radzących sobie w życiu, zwłaszcza w zakresie gospodarowania pieniędzmi. Moi teściowie, podobnie jak rodzina siostry mojej matki inwestowali w ocieplenie domu, porządny dach i okna, nowoczesne piece z precyzyjnym sterowaniem. Do tego całe życie pracowali, żadne tam robienie na czarno, praktycznie żadnych przerw w CV i płaceniu składek emerytalnych. Chociaż i tak lepiej sobie poradzą, niż wspomniany na początku kolega, ale są solidnie wkurwieni (to jest akurat właściwe słowo, sam gniew tego nie oddaje), bo nie dość, że szykuje się powrót do ścisłego planowania domowego budżetu od pierwszego do pierwszego, to jeszcze nie wiadomo, czy paliwo będzie dostępne. Emocje związane z takim stanem rzeczy widać bardzo wyraźnie, zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja, przyjeżdża z rzadka w odwiedziny i ostrzej widzi wszystkie różnice, jak zachowywali się ludzie rok temu, a jak się zachowują dziś.

Ławeczka patriotyczna po irlandzku. Może nie za 100 tysięcy złotych, ale nie wszędzie panuje najlepsza władza Świata.

Ach…, ludzkie zachowania… znowu muszę wrócić do wyborców PiS, a małżonka ma Świechna świadkiem, iż mam ich zarówno w najbliższej rodzinie, jak i wśród dobrych znajomych całkiem sporo. Co oni robią…? Otóż…, jak już wspomniałem przy okazji skażenia Odry, udają że nie ma tematu, a jak ich jednak konkretnie zapytać, to pojawia się agresja…. i oczywiście wina Tuska, Niemca, Unii Europejskiej. I że lepiej by nie było, jest najlepiej, jak to możliwe.

Wstrzymanie wielkich inwestycji w alternatywną energetykę, ustawowe ich utrudnienie dla inwestorów prywatnych (chociażby przykład energetyki wiatrowej), pompowanie kasy w górnictwo węgla kamiennego, które zamiast zabezpieczać potrzeby energetyczne, eksportuje węgiel, utopione miliardy w propagandowych inwestycjach, jak ostatecznie upadła koncepcja elektrowni węglowej Ostrołęka, kosztująca grube miliardy. Nie to jest jednak najgorsze: Można się spierać o to w co inwestować, koniunktura energetyczna jest zmienna, zwolennik prawie każdej opcji znajdzie jakieś „za” i „przeciw”. Tragedią jest jednak to, że decyzje zatwierdza mały fuhrerek, dziadyga z demencją posuniętą tak dalece, że ma kłopot z założeniem butów do pary. Najpierw, niczym Stalin w korpusie oficerskim ZSRR, zdymisjonował doświadczonych managerów, posadził na ich miejscach Misiewiczów i PiSiewiczów, wykonujących posłusznie jego wolę, a gdy ta wola prowadziła do katastrofy, dymisjonował, obwiniając ich za niepowodzenie swojego genialnego planu (to z kolei klasyka polityki personalnej wodza III Rzeszy). W efekcie, nawet gdy podjęto spóźnioną decyzję o rozbudowie alternatywy energetycznej (Polska przymierza się nie tylko do elektrowni jądrowej, ale i do gigantycznej, morskiej farmy wiatrowej), to wyznaczeni przez „lidera” figuranci boją się składać pod czymkolwiek podpis, są sparaliżowani strachem. Dlatego na ich tle tak dobrze wychodzi Obajtek, zbyt głupi by się bać konsekwencji swoich decyzji, więc nadal działa. Mam informacje z pierwszej ręki, jak to wygląda. Praktycznie nikt nie chce brać na siebie odpowiedzialności, w efekcie modernizacja energetyki stoi, zagraniczni partnerzy tracą cierpliwość, ale „fachowcy” z takimi kwalifikacjami, jak „wieloletnia przyjaciółka Jadwigi Kaczyńskiej” nadal trzęsą energetyką, przyspieszając żniwa zapełniające prywatne konta, bo coś się zdaje, że dostęp do koryta się kończy i jak to jebnie, to trzeba będzie jakoś opłacić prawników.

A wyobrcom PiS się zdawało, że oni robią wyborcom opozycji na złość, awansując różnych Siuśkich, Bredzińskich, Misiewiczów, Hofmanów, Brudne Pały, przyjaciółki pani Jadzi.

Aaaaa…., pamiętacie jak pisałem w 2015, że „500+” to idealny czynnik inflacjogenny? Nieważne, gdzieś się Wam kiedyś musiało to obić o uszy…, wiecie…, pieniądz bez pokrycia w produkcie i temu podobne sprawy….. Tak tylko przypominam. 7 lat dojnej zmiany, Polska w ruinie!

P.S.

Polska Polską, przecież nie będziemy się nadmiernie zamartwiać tym, co się tam dzieje, gdy nas nie ma. Wystarczy, że odnotujemy najważniejsze zmiany. Mamy ze Świechną sporo pracy, pozwalamy sobie jedynie na skromne wycieczki po okolicznych pałacach i trasach spacerowych, cieszymy się, że mieszkamy z dala od najlepszej władzy na Świecie. Trzy ostatnie zdjęcia autorstwa Świechny (niech Was nie zmyli mój podpis) z Newbridge House and Farm. Z pozdrowieniami, niech Wam świeci osiem gwiazdek!