060. Nie liż korby od studni, kiedy mróz jest na dworze.

Strasznie nas w domu upupiły połączone siły lockdownu i pogody. Ja mam od czasu do czasu pracę, ale Świechnie muszą wystarczyć spacery w okienkach pogodowych i zakupy. Cóż…, wiecznie tak nie będzie, i tak nie możemy się nagadać, tyle tematów wokół a jeszcze pomagamy sobie filmami. Obgadaliśmy kilka dokumentów, które wzięliśmy na tapetę, Małżonka ma osobista polecała je tutaj (kliknij, by poczytać), obejrzeliśmy też „Czwartą władzę” Spielberga z Meryl Streep i Tomem Hanksem, więc kilka słów o filmie.

Jak każdy Spielberg, oglądał się świetnie do momentu wielkiego finału, gdzie patetyczna muzyka i nie mniej napuszone slogany upstrzyły brzydko ostatnie wrażenie. „Oglądał się świetnie” nie oznacza jednak, że chciałbym go widzieć jeszcze raz. Im więcej czasu mija od seansu, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że od początku był to film z tezą, że z rozterek moralnych, poruszane były jedynie dylematy zastraszanych dziennikarzy. Widz na pewnym poziomie nie ma bowiem wątpliwości, czy potrzebna jest wolność słowa, za to pojawiają się one w pytaniu o jej zakres, a tego w filmie zabrakło. Inną sprawą jest to, że prezydent Richard Nixon próbował zniszczyć prasę za fakty, za stuprocentowo udokumentowany materiał (nie mylmy z tym, co podaje TV PiS), ujawniona była analiza zrobiona przez członków jego własnej administracji, dlatego sprawa była tak jednoznaczna, przez co nieciekawa dla widza. I w tym kontekście bardzo podobała mi się ostatnia scena, pokazująca, że jeżeli ktokolwiek zachowuje się niegodnie i nadużywa swojej władzy, choćby był prezydentem Stanów Zjednoczonych, jest przestępcą i wcześniej czy później trzeba będzie zjeść tę żabę, bo złamas zostanie złamasem, zwłaszcza jeżeli utrzyma się przy władzy. Być może już się domyślacie, że scena ta pokazuje zdemaskowanie sprawy nielegalnych podsłuchów zakładanych na polecenie Nixona, czyli aferę „Watergate”, po której nastąpił impeachment prezydenta. Rozumiecie teraz przepaść cywilizacyjną między USA a Polską?

Druga sprawa, którą Was chciałem dziś zainteresować, wypłynęła w roku 2019, a teraz do sądu wpłynął akt oskarżenia. Nie odmówię sobie jednak przyjemności zbudowania napięcia….

Stali czytelnicy wiedzą, jak wielki sprzeciw budzą we mnie konserwatywne zachowania. Takie oparcie filozofii życiowej na „Zawsze tak było i dobrze było, robiłem tak całe życie i jaki ze mnie fajny człowiek wyrósł”. Czasem jest to „mnie ojciec bił i jaki jestem super”, a czasem „gdybym nie bił psa, to by nie wiedział gdzie jego miejsce”. Czasy się jednak zmieniają, zmieniają się okoliczności, zmieniają się możliwości, wymagania, zmienia się też dostępność do różnego rodzaju narzędzi, np. wiedzy, informacji, komunikacji. Konserwatysta ignoruje postęp.

Mężczyzna wychowywał się w pełnej biedy okolicy zaludnionej głównie przez Kresowiaków z terenów wiejskich, zatem zacofanych, pełnych przesądów i patologii. Jednak on był twardy i pracowity, nie bał się ryzyka, dzięki temu dorobił się olbrzymiego majątku, a jego inwestycje przekroczyły granice Polski. Miałem okazję go poznać, mało brakowało a wżeniłbym się w jego dalszą rodzinę. Z dawnych lat miał zwyczaj używania psów do ochrony majątku i pod tym względem był bardzo konserwatywny, co oznaczało, że zwierzęta były agresywne i nieprzekarmione. Na terenie jednego z jego składów cztery psy zagryzły stróża. Dorobek jego życia stanął pod znakiem zapytania, bo grozi mu więzienie. Nie żyje człowiek, a inni byli narażani na utratę zdrowia i życia. Przy okazji wyszły wątpliwości związane z ubezpieczeniem.

Nie jestem od osądzania, chciałem jedynie poddać pod rozwagę tępy konserwatyzm. „Zawsze tak robiłem i dobrze było”, a jednak coś poszło nie tak. Czy było warto? Niegdyś psy dozorujące ratowały życie, ratowały majątek. Właśnie takie…, ostre, agresywne. Dziś mamy kamery na każdym kroku, szybką komunikację…. Pies do obrony? Po co? Nie musisz nawet łapać złodzieja na gorącym uczynku, wystarczy prześledzić kamery monitoringu, by wiedzieć gdzie się udał. Chcesz psa, wystarczy przyjacielski szczekacz, który zaalarmuje stróża, a ten kilkoma kliknięciami smartfona powiadomi policję. Od każdej reguły są wyjątki, ale to nie był ten przypadek. Tam nie było łatwych do ukrycia klejnotów, ani dzieł sztuki, nie było dokumentów wagi państwowej. Jeden człowiek nie żyje, ktoś stracił członka rodziny, komuś grozi więzienie. Po co…? Jak mawiał poeta: „Nie liż korby od studni, kiedy mróz jest na dworze i nie kąp się z suszarką, bo może być jeszcze gorzej….”

Zacier – Skazany na garnek.

Od jutra czeka mnie mały maraton w pracy, ale na komentarze czekam zawsze.

059. Malowany ptak, czyli kiedy wyjdziemy poza ptasi móżdżek?!

Nowy Rok przywitał nas mrozem, który nie chce odpuścić. Oczywiście nie jest to trzaskający mróz w rozumieniu polskim, ale delikatne irlandzkie zejście poniżej zera, poprzedzone ostrzeżeniami meteorologicznymi i alertem służb socjalnych zajmujących się bezdomnymi i uzależnionymi, których życie w tych dniach jest szczególnie zagrożone. Nie wspominałem chyba tutaj o tym, że wkraczaliśmy w 2021 u koleżanki, która nabawiła się poważnych problemów zdrowotnych (bólu kręgosłupa i palpitacji serca) z powodu nieleczonych zaburzeń lękowych. Nie wiem, czy byłaby możliwa taka diagnoza w Polsce, ponieważ tam nawet lekarze w sile wieku zaburzenia podejrzewają dopiero, gdy ktoś zaczyna porządnie świrować. I to mimo od lat znanego powiedzonka, że nie ma osób normalnych, są tylko niezdiagnozowane. Wspominam o tym, bo chciałbym, by możliwie dużo osób zdawało sobie sprawę, że wbrew utartej opinii, osoby z zaburzeniami to podobnie liczna grupa, jak z chorobami somatycznymi, np. grypą i przeziębieniem. I wiele rzeczy można bardzo łatwo skorygować, potrzebna jest jednak wizyta u psychiatry, który zdecyduje, czy to sprawa dla niego, czy psychologa. Uważam, że obok przemocy, faszyzmu, rasizmu i homofobii, największym wstydem dla Polski jest stygmatyzacja osób korzystających z pomocy psychiatry lub psychologa. Przez to osoby z lekkimi formami nerwicy, depresji, aspergera, zaburzeń lękowych, boją się zgłaszać po pomoc, choć dzisiejsza wiedza daje im szanse na cieszenie się pełnią życia.

Dorwałem się wreszcie do „Malowanego ptaka” Kosińskiego. Długo odkładałem lekturę, bo wiele słyszałem o opisywanych okrucieństwach i myślałem, że to kolejna pozycja o holocauście. Po prostu mylnie zaprojektowałem sobie spodziewaną treść. Owszem, wojna, zbrodnie hitlerowskie, udział Polaków w denuncjacji Żydów i Romów ciągle się gdzieś przewijał, ale tak naprawdę jest to historia o zbrodniach wynikających z zabobonów, braku wiedzy, lęku przed innością. Dlatego też zaskoczony byłem, że ofiarami w książce byli nie tyle Żydzi, co najsłabsi: dzieci, kobiety, upośledzeni umysłowo, zwierzęta, a oprócz nędzy, alkoholizmu i śmierci, powieść przesączona była przemocą seksualną i dewiacjami powstałymi na jej tle. I wiem już, skąd takie krzyk narodowy, że Kosiński jest „polakożercą”. Uderz w stół, a nożyce się odezwą! O przemocy wobec dzieci, gwałtach i stręczeniu nieletnich, wykorzystywaniu seksualnym upośledzonych umysłowo, dewiacjach seksualnych takich jak zoofilia, kazirodztwo, czy pedofilia, które miały miejsce w małych miejscowościach i wioskach lub wielkomiejskich gettach patologii, wiedziałem z dobrych źródeł w latach dziewięćdziesiątych (jeszcze wtedy były tam one na porządku dziennym). Zarówno sprawcy, jak i bezczynni świadkowie oraz udający, że nic złego się nie dzieje, streszczali przeróżne incydenty tak, jak opowiada się film, a wszystko przy piwie, wódce i licznej rzeszy słuchaczy. Skoro tak wyglądała polska prowincja schyłku XX wieku, to lepiej miałoby być na ścianie wschodniej w latach trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku? Gdzie analfabetyzm, brud, smród, zabobony, choroby, izolacja, brak komunikacji….

Piotr Bukartyk – Małgocha.

Tytuł powieści wziął się od zwyczaju jednego z mężczyzn przewijających się przez tę historię: Gdy czuł się bezradny, wyładowywał frustrację malując pióra złapanych ptaków na wściekłe kolory i zwracając im wolność. Nieszczęsne ofiary były zadziobywane przez własne stado – ptaki nie tolerowały odmieńców, miały wgrany lęk przed innością. Pytaniem otwartym pozostaje „kiedy Polacy wyjdą poza algorytm ptasich móżdżków?!” Uchodźcy, LGBT, Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, ekolodzy, wegetarianie, ateiści i cykliści…, tyle odmieńców do zadziobania!

Tak się złożyło, że oglądamy sobie właśnie „Karierę Nikodema Dyzmy”. Główny wątek zna chyba każdy, ale moją uwagę przyciągnęło coś innego. Warszawska ulica, nędznicy gotowi za 100 złotych zasztyletować człowieka, nie pytając nawet dlaczego oraz ulicznice, dla których płatni mordercy stawali się bohaterami. Najbardziej zaś wpadło mi w ucho słowo „FRAJER”, którego prawdziwe znaczenie poznałem, gdy mój kolega w latach dziewięćdziesiątych przygotowywał film o dzieciach z warszawskiej Pragi. Nie…, nie odnosi się ono do kogoś o marnym charakterze, nie odnosi się do głupca, ani pochlebcy…, to zły trop. KAŻDY KTO NIE JEST SWÓJ, jest FRAJEREM, potencjalnym wrogiem, ofiarą do oskubania. Bez żadnych pytań.

Z innej beczki: Śledzicie wydarzenia w USA? Tak mi się skojarzyło, bo na Kapitol wtargnęli dziobacze malowanych ptaków.

Znowu niezbyt pamiętnikowy mi wyszedł post. Ale co ja zrobię, że w zimową pogodę więcej jest czasu na książki, filmy, rozmowy i rozmyślania, niż na przygody w terenie?!

058. Umowna data imprezy.

Z roku na rok ogarnia mnie coraz większe zniechęcenie w temacie maratonu świąteczno-noworocznego. Nie lubię presji świętowania, podobnie jak presji zabawy. Do tego dochodzi ta nieznośna umowność dat, które właściwie nic nie znaczą – w przeciwieństwie do takiego przesilenia ziomowego, które dla przyrody ma kapitalne znaczenie. Tym niemniej, większość obywateli Globu świętuje właśnie dni niezwiązane kompletnie z niczym, a reszta nie ma szczególnego wyjścia, bo i tak wszystko w tych dniach wyhamowuje i jest koncentracja na zabawie.

A propos zabawy, przeglądając informacje z Polski nie mogliśmy ominąć tego tematu. Nie wiem, jak to widać od środka, ale z perspektywy półtora tysiąca kilometrów dzielących nas od kraju wygląda to gorzej niż żałośnie. Pewne grupy uważają się za uprzywilejowane i organizują imprezy, mimo krajowych zakazów. Pasterki i inne msze, Sylwester z Dwójką, impreza u Rydzyka, to najbardziej znane mecyje odprawiane w czasach pandemii „dlatego, że bo tak”! Nie sam ten fakt budzi jednak moje zażenowanie, a to, że uczestniczący w tym ludzie uważają siebie za uprawnionych do szczególnych zaszczytów, ale niestety, nie powoduje to ich zniknięcia z życia publicznego. Naród, który ma odrobinę godności, dawno by ich pogonił z wielkim hukiem. Zwłaszcza po roku 2020.

Niepotrzebnie robię się taki poważny, bo przecież robi się coraz śmieszniej. W Polsce przybywa bowiem:

husarii,
rycerzy Chrystusa (PAP/Rafał Guz),
rycerzy Jana Pawła II,
wojowników Maryi,

a podobno zmierzają już do nas rycerze okrągłego stołu.

The Best of „Monty Python i Święty Graal”.

I tylko czasem w głowę zachodzę, kiedy to struktura ludnościowa Polski została tak zdominowana przez szlachtę?! Naprawdę pozostał już tylko jeden wiejski głupek?

Ażeby już całkiem rozproszyć ponure wrażenie z początku notki: Nawet w tak nieciekawych czasach jak pandemia podczas dyktatury ciemniaków i innej szlachty z Grajdołkowa, gdzie główny prawierycerz ma pełne galoty, więc obstawia własny dom setką suk policyjnych, można mieć całkiem dobry rok.

Puddles Pity Party – Royals.

Zrobiłem sobie mały bilansik, nie biorąc pod uwagę tego, na co nie mam wpływu i okazało się, że naprawdę mamy się ze Świechną z czego cieszyć. Z siebie nawzajem, relacji z sąsiadami i przyjaciółmi, dziesiątków wspólnych seansów, udanych wycieczek (i to mimo pandemii), spacerów i rozmów. Udało nam się nie tylko ciekawie poprowadzić wspólne szczęście, ale i przy okazji pomóc kilku osobom, uratowaliśmy też życie naszemu kotu. I jeśli mogę Wam czegoś życzyć w przyszłym roku oprócz zdrowia, to właśnie tego, byście czerpali radość z własnych dokonań i potrafili pogodzić się z tym, na co wpływu nie macie. Oj…, coś niebezpiecznie blisko są te życzenia od „Modlitwy o pogodę ducha”, ale to jest najlepsza modlitwa jaką znam, więc nie mam wyrzutów sumienia.

057. Honor ponad wszystko.

Mężczyzna w bluzie z napisem HONOR PONAD WSZYSTKO i WYCHOWANI WEDŁUG ZASAD, uwieczniony na monitoringu, podniósł portfel z ziemi i schował go do kieszeni. Właścicielowi, który był na miejscu POMAGAŁ nawet szukać zguby.

Taką to ciekawostką z portalu Onet (kliknij tu, jeśli chcesz szczegółów) rozpocząłem dzień. Niby duperela, ale od razu zauważyłem, że to samo uczucie, co podczas lektury tej informacji, pojawiło się u mnie, gdy czytałem życzenia świąteczne od Jarosława Kaczyńskiego i słynny fragment „jesteśmy jedną wielką rodziną i chcemy nią być”. Trzeba se było, mały, założyć koszulkę „Honor ponad wszystko”, byłoby śmieszniej. Swoja drogą, marzy mi się, by adres Mickiewicza 49 odwiedzili kolędnicy. Mam nawet plan mini-recitalu: „Oj maluśki, maluśki, maluśki…”, potem „Ach ubogi żłobie, cóż ja widzę w tobie, droższy widok, niż ma niebo w maleńkiej osobie”, a na zakończenie „Czem prędzej się wybierajcie”.

Para wino – Wśród nocnej ciszy.

Właśnie…, „Święta, święta i po świętach” mówią Polacy, a ja przecież dobrze w pamięci mam ten znany z Polski nadmiar jadła wszelkiego pracowicie przygotowywany od połowy grudnia, który zalega w lodówce jeszcze długo po świątecznym obżarstwie. My podchodzimy do sprawy odrobinę inaczej: Świechna przygotowała krokiety i sałatkę, ja śledzie w sosie różowym i bigos, do tego kupiliśmy gotowe uszka i barszcz, a mięcho robiliśmy na bieżąco (szybki gulasz z dziczyzny i łosoś robiony w piekarniku). Jak widać, nie było tego wiele, a i tak nasza lodówka jest zawalona dokumentnie żarciem, które spożywamy według przewidywanej daty ważności, nasze brzuchy są pełne i zupełnie nie wyobrażam sobie, co jeszcze moglibyśmy zmieścić, żeby nie skończyć jak Mr. Creosote z „Sensu Życia wg. Monty Pythona”.

Maryla Rodowicz – Niech żyje bal.

Jeśli chodzi o nasze seanse, odrobinę odpuściliśmy. W ciągu tygodnia obejrzeliśmy zaledwie 3 filmy: „Stowarzyszenie umarłych poetów” (1989), „Statyści” (2006) i „Eternal Beauty” (2019).

Pierwszy z nich podnoszony gdzieniegdzie do miana kultowego, po dziś dzień budzi moje emocje, przede wszystkim złość i bezsilność, gdy patrzę na świat dorosłych zabijający młodzieńcze pasje i marzenia, bo przecież mamusia z tatusiem chcą dobra dziecka (i często udaje im się je zagrabić). Mój odbiór o tyle się zmienił, że przestałem postrzegać ten obraz jako historię grupy ludzi ze śmiercią w finale, a zacząłem dostrzegać metaforę systematycznego mordowania osobowości, bo przecież nie o to chodzi, że jeden młody człowiek zginął, a bardziej o to, że milionom innych zabija się pasje, wtłacza w zramolały schemat i w efekcie niszczy życie, a robią to osoby, których zadaniem jest pomagać, pokazać możliwości.

„Statyści”, to zdecydowanie najsłabszy film w zestawieniu. Miał dobre momenty zwłaszcza wtedy, gdy pokazywał malkontencko-defetystyczne postawy społeczeństwa polskiego, ciekawym pomysłem było też zgromadzenie wielu charakterów w jednym miejscu pod pretekstem statystowania w filmie, zawiodła mnie momentami infantylna fabuła i zwalanie winy z wychowania na osobiste tragedie (tak jakby przedstawiciele innych nacji ich nie doświadczali). Co ciekawe, nie żałuję czasu spędzonego na oglądaniu tej produkcji, bo mimo licznych wad, film zawierał równie dużo obserwacji społecznych.

„Eternal Beauty”, to z kolei najbardziej wymagający i najciekawszy z tych trzech obrazów. Świat widziany oczami schizofreniczki, tak bym to najkrócej ujął, choć nie jest to historia opowiedziana w pierwszej osobie. Żałuję, że moja nikła wiedza nie pozwala mi na weryfikację rzeczową, autor rozbudził we mnie chęć poznania tej choroby. No i to aktorstwo, każda postać miała swój niepowtarzalny charakter.

20 lat temu zabił się Piotr „Magik” Łuszcz. Facet był solidnie zaburzony, narkotyki mu nie pomagały, a po dziś dzień we wspomnieniach napotykam ślizganie się po temacie.

Paktofonika – Jestem Bogiem.

Wracając do świąt: wymieniliśmy się prezentami z naszymi ulubionymi sąsiadami, porozmawialiśmy tyle, ile się dało przy niezbyt sprzyjającej pogaduszkom na świeżym powietrzu aurze i pozwoliliśmy sobie świętować po swojemu. Poza tym wchodzimy w kolejny lockdown, za oknem sztorm Bella, kot Ryszard uczy nas Zen, w domu jest syto, ciepło i spokojnie. Mam nadzieję, że i Wasze święta przyczyniły się do spokoju ducha, dobrego nastroju, docenienia tego, co mamy.

056. Śmierć z daleka.

Dzień rozpoczął się przygnębiająco, otworzyłem pocztę, a tu mail z Wyborczej. Wśród newsów informacja o śmierci Darka „Maliny” Malinowskiego, basisty i wokalu z Siekiery (tylko z Tomaszem Adamskim brał udział w obu odsłonach grupy: punkowej i nowofalowej). Miał 55 lat. Tak, wiem że „Dzwon” Adamski w 2011 wydał jeszcze trzecią odsłonę, wolę jednak myśleć o Siekierze z lat osiemdziesiątych.

Siekiera – Burek dobry pies.

Przypomniałem sobie rozmowę, jaką odbyłem 10 lat temu z kumplem z klasy, świetnie poinformowanym starym załogantem, dziś prawnikiem i managerem w międzynarodowej korporacji, cały czas utrzymującym kontakty.

– Nie wiesz, co się dzieje z chłopakami ze starej Siekiery? Grela wiadomo, dostał kosę i wącha kwiatki od spodu, Budzy wszedł w nawiedzone klimaty, czasem o nim słychać, ale co z pozostałymi?

Dzwon robi teatr, ale chyba kiepsko mu idzie, a Malina jara zioło i robi muzykę.

Nie zobaczyłem teatru Tomka…, może kiedyś…. Darka z pewnością już nie usłyszę.

Siekiera – Śmierć i taniec.

Jakby tego było mało, znajoma aktorka Beata zamieściła wspomnienia z próby swojego teatru. Na zdjęciach trzy osoby: Ona, Marek i Darek (ale nie ten z Siekiery). Żyje tylko Beata. Ją i Darka poznałem na premierze spektaklu, który przygotowywali na zdjęciach. Marek już wtedy nie żył, spektakl był mu dedykowany.

Siekiera – Ludzie wschodu.

Siekiera, to było zjawisko. Chłopaki sami nie zdawali sobie sprawy, jak ich twórczość przenika się z poczuciem braku szans, jakiego permanentnie doznawała młodzież z lat osiemdziesiątych, jak bardzo jest to widoczne, zwłaszcza z perspektywy. Wydawało się, że nic nas nie wyciągnie z tej dupy. Nas, młodzieży ze średnich i mniejszych miejscowości. Nie chcę mówić za wszystkich, nie mam ani takiego prawa, ani wiedzy, ale ja osobiście nie wierzyłem, by jakikolwiek wysiłek mógł mnie zaprowadzić gdzieś dalej, niż do cyklu praca-dom-praca-dom. Dziś, gdy słucham punkowej Siekiery, wyobrażam sobie obraz zdegenerowanej, objętej ciągłą wojną i bezprawiem Ziemi, coś a la Tolkien, tylko bez nadziei na zmianę. Nowofalowa zaś jej wersja, to już bezpośrednia kalka nastrojów epoki.

Siekiera – Nowa Aleksandria.

Zmiana tematu: W ostatnich dniach oglądaliśmy dwie fabuły. „Wiatr buszujący w jęczmieniu” (2006) Kena Loacha, czyli koszmar irlandzkiej wojny domowej w warunkach brytyjskiej dominacji, pozostawiający poczucie totalnego bezsensu, marnotrawstwa życia i szans.

Siekiera – Wojownik.

W drugim filmie coś z naszego podwórka. „Dom wariatów” Marka Koterskiego, czyli pierwsza część sagi rodu Miauczyńskich. Pan Marek był wówczas czynnym (pijącym) alkoholikiem, więc odbiło się to na braku umiejętności dostrzeżenia problemu bazowego rodziny, za to jeśli chodzi o objawy behawioralne inne niż upijanie się, to już wtedy autor walił celnie z precyzją snajpera. Naprawdę dziwnie mi się oglądało ten film, bo z jednej strony nagromadzenie absurdu i braku sensu przenosiło się na wysiłek, jaki trzeba było włożyć w oglądanie obrazu, a z drugiej strony, odnosiłem wrażenie ciągłego deja vu. Ja takie zachowania już widziałem, te postaci nie są mi obce. I widziałem je nie tylko w filmach Koterskiego. Dużo częściej spotykałem je w codziennym życiu. I ta obsada: Kondrat, Łomnicki, Majda, Nehrebecka, Teleszyński…. Co jeszcze mógłbym tu napisać…? Film bardzo teatralny. Ze względu na zawężone miejsce akcji, ale przede wszystkim ze względu na absurdalne dialogi odsłaniające lęki, uprzedzenia, niepokoje i kompletny brak zrozumienia, nawet wśród najbliższych. Momentami miałem wrażenie, że to „Kartoteka” Różewicza albo „Pokój” Pintera. „Pokój”…, to właśnie z próby tej sztuki pochodziły zdjęcia Beaty, które tak mną rano wstrząsnęły.

P.S. Wspomnienie Darka Malinowskiego w Wyborczej – kliknij, by poczytać.

055. Dalsze przygody z filmami dokumentalnymi i jeszcze coś.

Zanim przejdę do dalszej części omawiania ostatnio obejrzanych dokumentów, taka informacja: Teatr Nasz w Michałowicach został zarżnięty przez polski nierząd, a wieloletni właściciele, państwo Kutowie, będący jednocześnie twórcami repertuaru i jego wykonawcami, wystawili go na sprzedaż. Info tutaj (kliknij). Za dużo w Polsce teatrów, za mało disco polo, więc teoretyczny minister kultury znany jako Tablet Techniczny, wybrał wsparcie grup disco polo, wszak Polska nie byłaby Polską bez frazy „majteczki w kropeczki, łohohoho”, której natchniony twórca miał otrzymać pół miliona złotych. Ale kogo może obchodzić, że jakiś tam Woland, czy Świechna dla zdystansowania się od codzienności jeździli do 300-letniego domu w otulinie Karkonoszy, by obejrzeć państwa Kutów, Jacka Szreniawę, ewentualnie ich zacnych gości na żywo, przejść się w lesie u stóp gór, wstąpić do restauracji, gdzie ci sami artyści podawali po spektaklu jadło i bawili gości rozmową. W dupach się poprzewracało, ŁOHOHOHO! Dziś grill i guziczek oraz staniczek, ŁOHOHOHO! Wesele najwyższą forma kultury, co zauważyli Stanisław Wyspiański, Marek Grechuta, Wojciech Smarzowski i Tymon Tymański. Miałeś chamie złoty róg, ŁOHOHOHO! Ostał ci się ino sznur, ŁOHOHOHO!

Teatr Nasz – Drażetki.

„Dzieci z Leningradzkiego” (2004), wstrząsający film Hanny Polak i Andrzeja Celińskiego. Moskwa przełomu tysiącleci, szacuje się że koczuje w niej 30 tysięcy bezdomnych dzieci. Najbrudniejsze z narkotyków i alkoholi, dziecięca prostytucja, przemoc, choroby i śmierć. Oraz dorośli, którzy zamiast chronić, prześladują najmłodszych. Tak mniej więcej wygląda treść. A ja miałem pod koniec filmu łzy w oczach, nie ze wzruszenia, a z bezsilności, bo wiem, że nawet gdyby zabrać z ulicy któreś z dzieci grających w filmie, to wkrótce wrócą w to samo miejsce, są tak zdegenerowane przez zaniedbania i zbrodnie dorosłych, a Rosja tak nieprzystosowana do opieki nad osieroconymi najmłodszymi. Jeden z tych filmów, które trzeba obejrzeć, żeby naprawdę wiedzieć w jakiej bańce odgradzającej nas od niewyobrażalnego zła żyjemy. Dostępny bezpłatnie i legalnie na portalu Ninateka.

„Wizyta” (1974) i jej kontynuacja, „Żeby nie bolało” (1998), dwa dokumenty Marcela Łozińskiego, które miały być opowieścią o ciekawej kobiecie, a wyszła z nich opowieść o nieciekawych reporterkach. Pierwsza z nich prowadziła wywiad z panią Ulą Flis w roku 1974 i w niegrzeczny sposób próbowała jej wmówić, że z jej pasją do literatury i teatru nie powinna mieszkać na wsi, bo marnuje swój potencjał (jakby miasto PRL rocznik 1974 tylko czekało z ogrodem rozkoszy na samotną kobietę, która chce czytać książki i oglądać teatr). Druga z reporterek, prowadząca wywiad ’98 w zastępstwie będącej na emigracji w Szwecji koleżanki po fachu, po prostu chce odgrywać taką psiapsiółkę, z którą można sobie pogadać. Ani pierwsza, ani druga z dziennikarek nawet nie zbliżyła się do głębi bohaterki, żadna nie spojrzała na świat jej oczami, obie były jak próżne i zadufane w sobie „panie mądre”, które „wiedzą jak pomóc” pani „mniej mądrej, bo czyta na wsi”. Nawet jeżeli ten dokument miał być prowokacją (w co wątpię), to budzi mój gniew, bo nie rozumiem jego celu. A może w tych słowach tkwi klucz: „nie rozumiem”?!

Lady Pank – Vademecum Skauta.

Mówi się, że dziennikarze, to czwarta władza i rzeczywiście, siła informacji, bądź propagandy, może ludziom otwierać albo zamykać oczy. Sytuację polityczną w Polsce mamy, jaką mamy: wściekły tetryk i jego czopki, tudzież miękiszony u władzy, opozycja w rozsypce, a dziennikarze z wolnych mediów w większości niedouczeni, nastawieni na show. Dziś media puściły w eter plotkę, że Kaczyński uciekł z Warszawy. Kilka godzin później napisali, że jednak został w domu, bo zapaliła się w oknie świeca. W obu przypadkach przemyślenia dziennikarzy z dupy wzięte, bo ani nie widzieli Kaczyńskiego uciekającego, ani zapalającego w domu świeczkę (pamiętamy, że ulicy Mickiewicza broniło przed demonstrantami 80 załóg policyjnych furgonetek, a w domu była stała ochrona, mógł to zrobić byle krawężnik). Ludzie w walce z reżimem są skazani na siebie samych, bo ani opozycja, ani media nie spełniają warunków do skutecznej walki o wolność. To tyle, co mam do powiedzenia o tegorocznej niedzieli, 13-go grudnia, cała otoczka polityczna i historyczna były dziś wałkowane do porzygania, więc nie będę dorzucać kamyczka do tego ogródka.

054. Dokumenty w depresyjnych czasach.

„Athlete A” (2020) oraz „Keith Richards: Under the Influance” (2015), te tytuły wzięliśmy na pierwszy ogień podczas oglądania serii dokumentów, którymi zajmowaliśmy nasze jesienne wieczory. Nowszy z nich, to budząca niepohamowany gniew historia wieloletniego molestowania młodziutkich zawodniczek reprezentacji USA w gimnastyce sportowej przez dra Larry’ego Nassara, lekarza reprezentacji. Niczym w kościele Wojtyły, dorośli opiekunowie zawiązali zbrodniczy syndykat przeciwko wykorzystywanym seksualnie dzieciom. Napisałem „wykorzystywanym seksualnie”, ale to nie jest cała prawda, bo gimnastyczki były tak naprawdę ubezwłasnowolnionymi przez dorosłych niewolnicami służącymi do zdobywania medali.

Iron Maiden – Powerslave.

Równą wściekłość, co gwałty, wzbudzało we mnie przymuszanie dziewczynek do pracy ponad siły przez pozbawionych emocji robotów rodem z zespołu trenerskiego słynnej Nadii Comaneci. Szczytowym punktem bezwzględnego wykorzystania dziecka z reprezentacji do własnych celów było wymuszenie wykonania skomplikowanej volty z uszkodzoną nogą, co musiało się skończyć poważną kontuzją. Ani jeden muskuł nie drgnął na twarzach zwyroli z zespołu trenerskiego podczas tego przestępczego aktu. Działo się to na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie, przed kamerami i przy ryczącej z podniecenia publiczności. Sprawca nadużyć seksualnych został ukarany, ale myślę, że nikomu do tej pory nie przyszło do głowy ściganie niewolniczego wykorzystywania nieletnich sportsmenek, świadomego narażenia ich zdrowia, a nawet życia, bo dziewczynki po wyeksploatowaniu były po prostu odstawiane na boczny tor, część z nich zmaga się z depresją i nerwicami po dziś dzień.

Rolling Stones & Buddy Guy – Champagne & Reefer.

Jakże budujący w porównaniu do „Athlete A” był dokument o Keithie Richardsie. Po jego obejrzeniu całym sobą czułem siłę muzyki, równości, przyjaźni, braterstwa, bo gdzieś w tle tej historii muzycznych fascynacji głównego bohatera wybrzmiewało coś jeszcze: The Rolling Stones uczyli Amerykanów jak się pozbyć uprzedzeń rasowych. W czasach, gdy w USA trwały ostatnie wściekłe porywy segregacji rasowej, biali Brytyjczycy z popularnego zespołu rockowego nie tylko okazywali najwyższy szacunek wobec czarnoskórych twórców bluesa, ale promowali ich jako swoich inspiratorów, przyjaźnili się z nimi, razem tworzyli i występowali na jednej scenie. Taki Howling Wolf, którego Mick i Keith byli zagorzałymi fanami, po raz pierwszy został zaproszony do telewizji właśnie na prośbę The Rolling Stones. Pomyślcie tylko: Piątka młodziaków wielokrotnie oskarżana o chuligaństwo, wykpiwana przez niekumatych zgredów za przełomową twórczość, rzucała w twarz rasistowskim Stanom Zjednoczonym, że pieprzą ich chorą, segregacyjną ideologię – i o dziwo, nauczyła ich równości lepiej, niż prezydent i papież razem wzięci.

Rolling Stones & Howlin Wolf – How Many More Years.

Na tym kończę pierwszą część sprawozdania z naszych podróży po filmach dokumentalnych. W następnym odcinku będzie o dzieciach z Dworca Leningradzkiego oraz pani Uli Flis, której dziennikarze z uporem maniaka wmawiali, że to coś zdrożnego, czytać książki na wsi, mało tego, mieli dla niej lekarstwo, rzucić to wszystko i uciec…, nie…, nie w Bieszczady, ale do miasta. Początkowo chciałem o tym napisać w jednej notce, lecz brak mi sił, dopadła mnie deprecha, albo raczej zwykłe zmęczenie sprawami bieżącymi, skutkujące obniżeniem nastroju.

053. Mało czasu na relaks, dużo na mielenie w głowie.

Irlandzka pora zimowa, zaczynająca się od listopada ma swój urok, ale żeby to docenić, potrzebuję kilku czynników. Przede wszystkm zdrowia i czasu, a także swobody poruszania, o czym w lockdownie nie może być mowy. Poza tym pod swobodę podciągam również możliwość spożywania posiłków „na mieście” i ewentualność noclegu w terenie, co znowu wykluczane jest przez restrykcje covidowe. Tym niemniej udało nam się odbyć ze Świechną kilka miłych spacerów (okienko pogodowe zbiegło się z moimi dniami wolnymi) i mam poczucie miło spędzonego czasu. Czasem jednak, na przykład gdy oglądam zaprzyjaźniony blog o Karkonoszach, budzi się we mnie taka tęsknota za solidną, kilkudniową wycieczką (ostrzymy zęby na kilka dni w Izerach z zahaczeniem o Karkonosze, no i kusi nas Kotlina Kłodzka), że aż zaczynam liczyć miesiące do maja, który to miesiąc uważam za prawdziwy początek sezonu.

Poza tym moje myśli zaprzątały dwa tematy: Wojtyła i Maradona. O tym pierwszym (oczywiście w głośnym ostatnio kontekście pedofilii) pisałem na „Antyconfiteorze”, a drugi zajmuje moją głowę, bo widzę pewne podobieństwa w traktowaniu obu panów przez wyznawców. Obaj w swoich rodzinnych stronach uchodzili za guru od wszystkiego, choć umówmy się, ich wiedza była poważnie ograniczona. Jeden używał głowy do zmyślania, czego chce od ludzi niejaki Bogu (w oparciu o oderwane od rzeczywistości dogmaty), a drugi walił głową w piłkę. Ani jedno, ani drugie nie pomagało w dochodzeniu do prawdy, mimo to chętnie wypowiadali się na tematy, o których nie mieli pojęcia. Mało tego, obaj zachowywali się tak, jakby wierzyli w swą boskość. Właśnie drugi z nich przez swe zejście z tego łez padołu dowiódł, że jest tylko zwykłym śmiertelnikiem. Sława nie obroniła żadnego z nich przed śmiercią.

Tematy polskie nadal mnie przygnębiają, dyktatura ciemniaków robi swoje, choć chwieje się i trzeszczy. Niestety, narodowa sytuacja mentalna zdaje się być przesunięta w czasie o jakieś 100 lat wstecz. I wiecie co…? Gdyby chodziło jedynie o wyborców PiS, to machnąłbym ręką. Ale nie, konserwatywne wychowanie pod czujnym okiem Wojtyłowego Kościoła zrobiło swoje. Nie dalej jak wczoraj czytałem wywiad z artystką młodego pokolenia, Siksą, przeprowadzony przez niejakiego Jarka Szubrychta. Jeżeli komuś nadal się wydaje, że Strajk Kobiet, czy #MeToo są jedynie fanaberią żądnych sławy celebrytek, to PRZECZYTAJCIE TO KONIECZNIE – KLIKNIJ TUTAJ.

Polska, rok 2020, Gazeta Wyborcza, nie wiedzieć czemu uważana za periodyk liberalny, zamieszcza na swoich łamach takie kwiatki, jak…, no właśnie, od czego tu zacząć. Może od tego, co mnie najbardziej wkur…, znaczy się zirytowało (tak się boję się zranić delikatne i wrażliwe serduszko nie najgorzej przecież opłacanego dziennikarza, że postanowiłem nie używać brzydkich słów).

Siksa – Proste hasło.

Facet rozpoczął wywiad w najbardziej żenujący z możliwych sposobów: Zaczął przypier…, znaczy się… przyczepiać do wulgaryzmów (zapomniałem, że miało być tak, by wyczulone uszko pana Szubrychta nie poczuło się urażone). Wiecie co, ja to zacytuję:

Jacek Szubrycht: Podobno jesteś fanką Ewy Demarczyk.

Alex Freiheit: Od wielu, wielu lat.

J.Sz.: I nie mogłabyś tak jak pani Ewa być na scenie prawdziwą damą? Bez wulgarności, bez tych krzyków?

I jak już tak zaczął traktować swą rozmówczynię z góry i protekcjonalnie, to później już było tylko gorzej. Mimo to, Alex odpowiadała mu spokojnie i cierpliwie, a Jareczek brnął, ośmieszając się z każdym pytaniem coraz bardziej. Tak sobie myślę, że gdyby spróbował tym tonem mówić do Ewy Demarczyk, to wysłałaby go na drzewo banany prostować. I mimo szansy, którą dostał od Alex, postanowił osiągnąć dno. Tu znów posłużę się cytatem:

J.Sz.: Nawet jeśli „Dziadów”nie wykpiwasz, to już sformułowanie „filomaci i filareci” podszyte jest szyderstwem.

A.F.: Współcześni filomaci i filareci to intelektualiści, którzy pouczają innych, jak się powinno mówić o pewnych sprawach. To często dziennikarze, krytycy, ale też inni artyści, którzy zawsze wiedzą lepiej, jaki charakter powinna mieć twoja twórczość.

Tutaj na moment wtrącę. Wydawać by się mogło, że panna (?) Freiheit najprecyzyjniej i nadelikatniej jak można, powiedziała panu Szubrychtowi, że ma na myśli takich siurków, jak on, tyle że biedak tego nie załapał. Nie wiedząc o tym, kontynuowała:

A.F.: Ruch #MeToo w Polsce ledwie się zaczął, a filomaci i filareci już mówili: „Dajmy sobie spokój, już dość tych tekstów o prawach kobiet, przecież pięć lat temu ktoś zrobił o tym spektakl”.

J.Sz.: Mówią tak, bo uporczywie nawracacie nawróconych. Po co opowiadać ludziom tolerancyjnym o potrzebie tolerancji? Po co obciążasz swoimi traumami tych, którzy muchy by nie skrzywdzili? Do prawdziwych agresorów twój głos i tak nie dotrze.

Ujmę to tak. Gdyby jakiś dziennikarzyna wyjechał mi z takim tekstem, to byłby koniec rozmowy. W najlepszym wypadku by usłyszał „Koleś, idź do tego sklepu, kup sanki i idź sobie pojeździć. Pchaj je, noś, rób cokolwiek, bylebym cię nie musiał więcej oglądać”. Alex Freiheit wykazała się anielską cierpliwością, tłumacząc dziennikarzynie jak koniowi na miedzy, że nie kieruje przekazu do agresora, interesuje ją wsparcie dla osób, które nigdy nie odważyły się głośno powiedzieć o doświadczeniu przemocy. Tłumaczyła i tłumaczyła, aż usłyszała:

J.Sz.: Nie lepiej pójść na terapię, niż obciążać innych swoimi traumami?

W tym momencie poczułem, jak mi się przepalają wszystkie bezpieczniki. Biedny Ciapciak z Wyborczej został przez niedobrą Siksę (a właściwie żeńską połówkę zespołu o tej nazwie) obciążony traumami. Kij z ofiarami przemocy, one mogą o sobie mówić co najwyżej na terapii, a my mamy ratować Jarusia przed takimi okropnymi opowieściami. Nie obciążajmy go traumą, zaklinam na Jowisza, on już i tak nie ma jaj, a teraz się o tym może dowiedzieć! Nie będę dalej opowiadać, macie link, poczytajcie, zobaczcie jaki syf potrafi zrobić taki przekonany o swojej doskonałości, symetryczny i okrągły w słowach Warren – przyjaciel wszystkich, a ja tymczasem napiszę coś, co może zaskoczyć niedoinformowanych.

Alex mimo dziewczęcego wyglądu, nie jest taką głupiutką owieczką, jak się naszemu dziennikarzynie zdawało. To nie tylko punkowa poetka, wokaliska, performerka i feministka. Zawodowo jest kulturoznawczynią i muzealniczką, jest też aktorką Teatru Polskiego we Wrocławiu. Jarosław Szubrycht albo nie zrobił researchu, albo zrobił, tylko go nie zrozumiał. Chciałem o nim napisać, że jest mocno podtatusiały, ale nie byłaby to prawda, gdyż jest raczej zdziadziały, a nawet spierniczały, ma ledwie 3 lata mniej ode mnie i gdy wyobrażę sobie takiego satyra, próbującego zaimponować zdolnej, młodej artystce z rozpoznawalnym dorobkiem pozą wszystkowiedzącego tatusia, to sobie myślę „Gościu, ty nie przynoś wstydu naszemu pokoleniu, na taką bajerę to możesz rwać panienki pod dyskoteką, a i to pod warunkiem, że będziesz im stawiać”.

Żeby było ciekawiej, pan Jarosław również nie jest tylko dziennikarzem muzycznym, bo sam jest wokalistą i autorem tekstów w blackmetalowej grupie Lux Occulta. Chciał uczyć swą rozmówczynię jak być damą na scenie, ale sam tworzył i wyśpiewywał n.p. takie strofki:

„(…) teraz zanurzam miecz w gorącej krwi noworodków,

teraz zabijam wszystko co kiedykolwiek kochaliście,

świat wybuchnie, gdy się obudzę!

pożeniony światłości

kopuluję ze słońcem….”

(Apokathastasis).

Nie zrozumcie mnie źle. Zupełnie nie mam pretensji do J.Sz. o jego twórczość i zdaję sobie sprawę z tego, że słowa podmiotu lirycznego nie muszą być ani zbieżne z poglądami twórcy, ani tym bardziej nie muszą być wezwaniem do określonych zachowań. Tylko dlaczego inną miarkę przykłada do siebie, a inną do swej rozmówczyni?

Dobra, zostawiam rozmowy pana Jarka, bo to jakieś felerne imię. Oglądaliśmy wczoraj „Ciemno, prawie noc”, naprawdę dobrze zrobiony film o utrudnionym starcie ocierającym się o brak szans wśród dzieci obszarów dziedziczonej patologii. Wałbrzych jest rzeczywiście niezłą scenerią na taki obraz. Świechna opisała go u siebie (kliknij tu, by poczytać), więc nie będę dublował Małżonki, za to chciałbym powiedzieć, że aby lepiej zrozumieć moją irytację na opisany powyżej wywiad z Wyborczej, dobrze by było obejrzeć tę produkcję.

Na zakończenie przenieśmy się do Brukseli. Policja zatrzymała europosła, ultrakonserwatywnego polityka z partii Fidesz, Jozsefa Szajera, który wsławił się między innymi pracami nad takimi zmianami węgierskiej konstytucji, by uniemożliwić małżeństwa jednopłciowe. Powodem zatrzymania był udział polityka w seks party w gejowskim klubie (25 mężczyzn tam się znajdujących, to przekroczenie obostrzeń antycovidowych, taki jest pierwszy zarzut wobec polityka. Drugi, to posiadanie narkotyków). Według niesprawdzonych informacji, byli tam również politycy z Polski. Ponieważ jednak nie ma potwierdzenia, powiem że z polskiego konserwatywnego podwórka na gejowskim sex party spodziewałbym się znaleźć Macierewicza. Jego protegowani Misiewicze i Janningery w połączeniu z wypowiedziami o dobrze zbudowanych mężczyznach na „Marszu Niepodległości” każą mi sądzić, że ten to by w Brukseli poszalał. Tak, wiem że ma rodzinę. Zatrzymany eurodeputowany z Fideszu też ma żonę, córkę i konserwatywne poglądy.

052. Baba-dziwo, czyli tak jakby olśnienie.

Aura się stabilizuje, choć nie w tym punkcie, który lubią koty. Dzieją się zjawiska gwałtowne i niemiłe, jak wiatry i deszcze, a niskie chmury powodują mrok już o 16-tej, choć dziś formalny zachód słońca miał miejsce o 16.18, dlatego też kot Ryszard spędza dużo czasu z nami, przez co Świechna odkrywa nowe sposoby głaskania naszego puchatego czworonoga. Mimo ponurych okoliczności przyrody jest dobrze, praca mnie docenia, zmusza do przebierania w ofertach, co skutkuje miłym poczuciem bezpieczeństwa finansowego, co nie dla każdego gospodarstwa domowego jest oczywiste w czasie pandemii. Teraz zaś zrobiłem sobie kilka dni wolnego, by porobić z małżonką coś miłego 😉 Na przykład przejść się po plaży.

W ramach przyjemności i rozwoju duchowego, wykupiliśmy możliwość obejrzenia premiery „Baby-dziwo” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w reżyserii Ewy Domańskiej. Świetnie zagrana przez artystów Teatru Polskiego sztuka będąca prześmiewczym spojrzeniem na tyranię ideologiczną i bardzo przy tym przystępnie napisana – mój przyjaciel, reżyser teatralny nazwałby ją wręcz „teatrem plebejskim”, ale on się zajmuje teatrem eksperymentalnym, więc sami rozumiecie…. Najważniejszą jej zaletą jest aktualność. W postaci dyktatorki widziałem raz Kartofla, innym razem hybrydę Plugawego Krystyna z Kają Godek, czasem Jędraszewskiego, czy innego Głódzia, a w kreacjach pochlebców i wazeliniarzy bez specjalnego wysiłku dało się dostrzec Płaszczaków, Bredzińskich, Zera, Jakich, Adrianów, premierów teoretycznych i technicznych. Program przymusowego rodzenia dzieci jako żywo przypominał zaś ostatnią ofensywę kleru i polskich nazistów przeciw kobietom.

Męskie wsparcie dla strajku kobiet – Wypierdalać!

Oglądanie spektaklu tuż po ataku kartoflanej furii na mównicy sejmowej miało jeszcze jedną zaletę. Pomyślałem sobie tak: A TERAZ JASIU UWAŻAJ, KARTOFEL BĘDZIE SIĘ STAWIAŁ! A teraz popatrz, zaraz zmięknie. Tak, ostatnia scena, gdy w postaci dyktatorki widać jedynie sfrustrowaną, przegraną, przepełnioną nienawiścią nieudacznicę życiową jak ulał mi pasowała do prezesowej furii. Czekam, aż będzie wypier… ups., odchodził w podskokach w samych kalesonach, za to po śniegu. To tylko mały, stetryczały niedojda, który całe życie woził się na cudzych plecach. Słychać już krzyk demonstrujących. Jeszcze chwila…. Tak jakby olśnienie! Inna sprawa, że sztuka napisana została w 1938 roku, a temat powraca jak bumerang.

051. Od wolności do niewolnictwa.

Zanim zacznę opowiadać o książce, którą powinna przeczytać każda uczestniczka strajku kobiet i każdy wspierający strajk mężczyzna, dwa słowa o moim przeżywaniu Święta Niepodległości. Od kilku lat, w miejsce edukacji i upamiętnienia, odbywa się tego dnia stołeczna burda uliczna. Płoną faszystowskie ognie, a niosące je zadymiarze o inteligencji odrobinę przewyższającej nogę stołową, udają patriotów. Wątpię, czy wiedzą co świętują, ale z całą pewnością gotowi są do podpalenia Ojczyzny. Przygnębia mnie ta sytuacja, zwłaszcza że widzę jak świętują cywilizowani ludzie. Mieszkam w kraju, w którym święto narodowe wygląda tak:

St. Patrick’s Day.

Obiecałem opowieść o reportażu Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu”. Mam w ręku wydanie specjalne, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2017, wydanie drugie, rozszerzone. To ważne, bo jest ono uzupełnione o komentarze do książki po jej pierwszym wydaniu.

„Zakonnice (…)”, to obraz współczesnego niewolnictwa w sercu Europy, polskich zgromadzeń żeńskich widzianych oczami 20 byłych zakonnic. Pozycja ta była najchętniej czytana przez kobiety, choć uważam, że każdy facet, który nie jest tchórzem, powinien się zapoznać z przedstawionymi w niej faktami, ale (oddając głos autorce):

Na spotkania o Zakonnicach… przychodzą przede wszystkim kobiety. Większość jest katoliczkami, w Kościele szukają Boga. Bohaterki książki są im bardzo bliskie. Kiedy o tym rozmawiamy, nie mają wątpliwości.

Ta książka jest o nas wszystkich. O kobietach – mówią (str.221).

Dlaczego jest to tak ważna lektura podczas STRAJKU KOBIET? Bo opowiada o tym, jak można stracić wolność, rezygnując z wykształcenia i kariery. Nawet, jeżeli jest to zrzeczenie się na rzecz szczytnych ideałów, to bez wiedzy i wolności osiągnąć ich się nie da. To książka nie tylko dla kobiet, które oddają swe życie w zakonowi, ale też dla kobiet, które poświęcając swój rozwój dla pracy „bogini ogniska domowego”, tracą wpływ na swoje życie.

Zacznę od obrazu przedstawionego przez byłe zakonnice, czyli totalnego zniewolenia kobiet w zakonach. I nie chodzi tu o usługiwanie mężczyznom, choć to oczywiście także ma miejsce. Chodzi o niewolnicze poddanie żeńskim przełożonym. Nie normom zakonnym, a woli wyżej postawionych sióstr.

Byłe zakonnice opowiadają o tym, że siostry w zakonach pracują ponad siły, brakuje im odpoczynku (więcej sypiał niewolnik w starożytnym Rzymie, niż one), masowo chorują, a jedną z bardziej powszechnych przewlekłych przypadłości jest depresja. Niestety, nie mają szans na pomoc, bo wizyta u psychiatry może być przez przełożoną uznana za podstawę do zwolnienia z zakonu. Stąd próby samobójcze (nierzadko udane). Najgorsza jest jednak ciągła przemoc psychiczna i zwyrodniała wręcz złośliwość przełożonych, odcinanie sióstr od świata, rodziny, możliwości rozwoju osobowego, a nawet od pomocy medycznej. Zgodę na wizytę u lekarza trzeba uzyskać u matki przełożonej, a ta ją rzadko kiedy wydaje, zwłaszcza do specjalistó, n.p. do ginekologa. Innymi słowy: stara cipa bez wykształcenia medycznego decyduje, komu należy się pomoc lekarska. Jedna z historii opisuje siostrę, której przełożona nie pozwoliła iść do ginekologa, w efekcie ta zmarła na nowotwór dróg rodnych. Mówimy o nieukaranej zbrodni ze szczególnym okrucieństwem, śmierć z powodu uniemożliwienia pomocy medycznej wyglądała tak, że kobieta umierała gnijąc od środka. Jej ciało podczas tego procesu niemiłosiernie śmierdziało, powodując jednocześnie niewyobrażalny ból. Wszystko na żywo, bez znieczulenia.

Bielizna – Kuracja doktora Granata.

Inną zbrodnią bezustannie dokonywaną na zakonnicach jest uniemożliwianie im kształcenia, a nierzadko cyniczne kierowanie co bardziej inteligentnych sióstr do najbardziej bezmyślnych i poniżających prac, jak mycie chlewika, czy czyszczenie toalety gołą dłonią wpychaną do rury odpływowej (tak, takie standardy pracy opisuje książka). Uniemożliwiana jest nawet praca na rzecz potrzebujących. Siostry mają zakaz zostawania przy chorych dłużej, niż im na to pozwoli przełożona, nawet jeżeli to kwestia pilnej pomocy. Obowiązuje zasada: „Potrzeby zgromadzenia przede wszystkim”.

Metallica – Am I Evil?

Zakonnice (upraszczam nazewnictwo, pod tym pojęciem rozumiem zarówno dziewczyny przed ślubami czasowymi, wieczystymi, jak i po tych ślubach) mają obowiązek mówić o swych grzechach i zaniechaniach przełożonym, choć nie ma to rangi spowiedzi, nie jest zatem obłożone tajemnicą. Mają za to zakaz rozmowy o tym, co się dzieje w zakonie. Blokada informacyjna. TYLKO NIE MÓW NIKOMU! Awanse są tylko teoretyczne. Przełożone wolą awansować niezbyt inteligentne, za to posłuszne dziewczyny, a wybory odbywają się tak, że członkinie Rady Zgromadzenia wybiera Matka Generalna, a Rada Zgromadzenia wybiera Matkę Generalną. Rączka rączkę, demokracja po polsko-katolicku. Na porządku dziennym są malwersacje i wyłudzenia dokonywane przez wierchuszkę zakonu. Oczywiście siostrę księgową obowiązuje milczenie, prawdziwa mafia.

Siekiera – Fala.

Ta książka to katalog nieprawości, czytające ją byłe zakonnice potwierdzają, że taka jest prawda, różne są jedynie drobne szczegóły. Mógłbym więc pisać i pisać, ale to już jest w reportażu, możecie to doczytać we własnym zakresie. Ja chciałbym napisać o czymś innym, bardzo ważnym dla każdej Polki i każdego Polaka.

Mister D – Czarna Żorżeta.

Druga połowa wieku XIX, to w Polsce czas rozwoju idei pozytywistycznych. Społeczeństwo powoli zdawało sobie sprawę, że bez pracy u podstaw: edukacji, pomocy najbiedniejszym, walki z analfabetyzmem, nie ma mowy o rozwoju. Te idee były chętnie podnoszone przez kobiety, ale ponieważ nie miały prawa głosu, to w każdej, nawet najmniejszej kwestii musiały być reprezentowane przez mężczyzn. Mogły się w pełni realizować jedynie na polu religijnym, stąd ZAKONY ŻEŃSKIE POD KONIEC XIX WIEKU BYŁY OAZĄ WOLNOŚCI KOBIET I ODEGRAŁY OGROMNĄ ROLĘ W ICH KSZTAŁCENIU. Dlaczego więc w przeciągu trzech pokoleń stały się ostoją niewolnictwa, zacofania i założyły blokadę na kształcenie własnych członkiń?

To chyba nasza polska przypadłość. Sfrustrowany, zniewolony Naród pragnął nieskazitelnych, świętych autorytetów. Przecież znamy to. Kult Wojtyły o którym złego słowa za jego pontyfikatu nie wolno było powiedzieć, a jego najgłupsze pomysły wcielane były w życie, bo taka była jego wola: doskonałego, świętego. To samo, a może w jeszcze szerszym zakresie występowało wśród kobiet, które z męskiej niewoli uciekały do zakonów. Szybko powstawały mity o świętych matkach założycielkach, a w świadomości sióstr, ich zgromadzenie stawało się najdoskonalszym i najświętszym na Świecie (to też w całej Polsce znamy, bo czyż nasz „patriotyzm” i „dokonania narodowe” nie są najwspanialsze i najdoskonalsze na Świecie?). Dla podtrzymania mitu, zakony się izolowały, utajniały wszelkie problemy, a brak zgody na krytykę sprawiał, że niemożliwa była reforma, bo po co reformować taką doskonałość. W efekcie w trzecim i czwartym pokoleniu, stołki Matek Przełożonych zajmowały despotyczne, zarozumiałe, tępe i złośliwe monstra, które nie cofały się przed żadnym łajdactwem. Udzieliło się to szeregowym zakonnicom. „Dobro zgromadzenia” dawało poczucie usprawiedliwienia każdego grzechu, każdej zbrodni. Kryły pedofilów i ochraniających ich przełożonych, kradły (zarówno od siebie nawzajem, jak i od Państwa i podmiotów zewnętrznych), wyłudzały, fałszowały dokumenty, potwierdzały nieprawdę, nawet fałszowały wybory (patrz 100% poparcia dla Dudy w DPS-ach prowadzonych przez siostry zakonne). Potrafiły nawet bezkarnie ukraść dowód z miejsca katastrofy prezydenckiego Tu 154-M i złożyć go w darze mnichom z Częstochowy. I nic, dowód jak śliwka w kompot – prokurator już nie zbada fragmentu skrzydła. To się działo na naszych oczach!

Zapowiadałem, że ta notka będzie WAŻNA DLA STRAJKU KOBIET. Bo jest ważna. Dziewczyny, jeżeli z własnej woli zrzekniecie się prawa do samostanowienia o sobie, o swoim ciele, zwłaszcza jeżeli oddacie je tak patologicznym jednostkom jak biskupi z papieżem na czele, to nic dobrego Was nie czeka. Sprowadzą Was do poziomu niewolnicy, tak jak sprowadzili zakonnice dając im autonomię wewnątrz zakonu i zero prawa głosu poza nim. Ktoś Wam da władzę nad dziećmi, ale nie da Wam możliwości zarobienia na ich utrzymanie i nadal będziecie niewolnicami. Dostęp do edukacji, dostęp do wykonywania każdego zawodu, prawo do decyzji o powiększaniu rodziny, prawo do decyzji o tym, czy donosić płód, którego żaden ksiądz nie uznaje za człowieka, nie udziela mu sakramentów, nie daje żadnych praw. To Wy musicie chcieć dziecka. Przede wszystkim Wy. Każdy człowiek, każdy mężczyzna i każda kobieta ma prawo do błędu, każdy ma też prawo do jego naprawy. Każdy ma prawo do decydowaniu o swoim życiu i wzięcia za nie odpowiedzialności. A w niewolnictwo najłatwiej się wpakować, udając się pod czyjąś opiekę.

I jeszcze dwa słowa o tym, jak wściekle atakowane były byłe zakonnice, które zgodziły się na wywiad. „Wszystko to kłamstwo” wrzeszczeli panowie (sic!), którzy nie kryli się z tym, że nawet nie przeczytali książki. „Nie wytrzymały zakonnej dyscypliny”, krzyczeli inni (zauważmy, że dyscypliną nazywa się pozbawienie godności, okradanie z dóbr materialnych i prywatności, uniemożliwianie kształcenia, uniemożliwianie wizyty u lekarza, uniemożliwianie odwiedzin na wydarzeniach rodzinnych). Jak to można skomentować? Chyba tylko PRAWDA WAS WYZWOLI!