071. Zdziwieni 2021.

Ostatni tydzień minął mi pod znakiem intensywnej pracy. W Irlandii nadal trwa lockdown, więc nie wybrzydzam i biorę każde zlecenie, jakie wpadnie w ręce, co z kolei kiepsko przekłada się na moją energię, wracam do domu, zjem coś i walę się spać. Nie znaczy to jednak, że nie dochodzą do mnie wieści z kraju, czytam je, a jakże, czasem zapamiętuję, czasem nie. Korzystajac z chwili wolnego czasu, podzielę się refleksją nad tym, co mi się we łbie utrwaliło. Jako przerywnik, budujemy NOWY ŁAD! Jakie to wszystko jest aktualne!

Wały Jagiellońskie – Do pracy Rodacy.

Być może zauważyliście ostry konflikt w samym centrum medialnego światka podłej zmiany. Najpierw były przeboje z emisją smoleńskiego s-f autorstwa tłustowłosej borsuczycy propagandy, a kilka dni później TVP wstrzymała emisję programu Jana Pospieszalskiego, tego samego, który z tłustowłosą kręcił niby-dokument „Solidarni 2010” do „spontanicznych wypowiedzi” tego czegoś zatrudniając aktorów. Najbardziej twardogłowi wyznawcy sekty smoleńskiej zostali upokorzeni przez władzę, której czopkują nie od dziś, ale najbardziej rozśmieszył mnie pretekst zdjęcia programu szczekającego Janka. Otóż według Jacka Kurskiego „program był nieobiektywny i nie przedstawiał argumentów drugiej strony”, a dotyczył błędów rządu w walce z pandemią.

Lombard – Droga pani z TV.

Dacie wiarę? Janek Pospieszalski nieobiektywny, kto by pomyślał. To nic, że nie trafiłem na program, w którym byłby on obiektywny i nie wiem, czy w ciągu ostatnich 15 lat Jankowi udało się taki program zrobić. Owszem, zdarzało się że ktoś z wyselekcjonowanych gości powiedział coś z czym były muzyk się nie zgadzał, ale wtedy podbiegał z gorliwością czekisty do autora niefortunnej wypowiedzi, by go zakrzyczeć. Oczywiście w czasach podłej zmiany TVP ogranicza publicystykę na żywo, Jankowi to nie przeszkadzało, dopóki sam nie został zdjęty prewencyjnie, niczym w Korei Północnej lub Radiu Maryja. Oj, głupi Jasiu, głupi Jasiu, wpadłeś w ten sam gnój, w którym od kilkunastu lat topiłeś prawdę, bulbulbul…, bulbulbul…

Jacek Kaczmarski – Głupi Jasio.

Tymczasem tlustowłosą wyemitowano z pewnym opóźnieniem, a tam „wstrząsający” materiał. Kopacz pije kawę z rosyjskimi naukowcami pracującymi przy szczątkach ofiar i robi z nimi (z lekarzami, a nie szczątkami) pamiątkowe zdjęcie. Od kwietnia roku 2010 bandycka zdrajczyni Polski, Ewa Stankiewicz fałszywie oskarżała rząd Donalda Tuska o zamordowanie Kaczyńskiego Lecha, który zginął w zwykłym wypadku lotniczym spowodowanym przez debili ze swojej własnej ekipy, robiących burdel w kokpicie lądującego w ciężkich warunkach samolotu. Nie znajdując żadnej przesłanki na potwierdzenie oskarżeń, której jako tako obeznany w prawach fizyki człowiek nie mógłby obalić, ta antypolska zbrodniara posuwała się nawet do tego, że domagała się przywrócenia kary śmierci dla Tuska (ówczesnego premiera). Uważam, że łajdaczki o takim profilu psychologicznym, jak Stankiewicz, pracowały jako strażniczki w obozach koncentracyjnych. I ona pokazuje dzisiaj zdjęcie Kopacz pijącej kawę z takim komentarzem, jakby co najmniej instalowała na nim bombę w tupolewie. W tym samym czasie, gdy ówczesna minister zdrowia pracowała przy wydobyciu i identyfikacji zwłok ofiar katastrofy, śmierdzące tchórze z obozu PiS tak robiły w galoty, że bały się latać samolotem. Toż nawet w drodze do Rzymu na kanonizację Wojtyły tłukli się specjalnym pociągiem, dzielne partyjnioki, a Kaczyński do dziś tak wali w pampers, że od kwietnia 2010, gdy był na psychotropach, nie odwiedził miejsca śmierci brata. Tłustowłosa zaś pokazuje zdjęcie Kopacz pijącej kawę jeszcze w fartuchu roboczym i rękawiczkach. Z ludźmi, którzy odwalają czarną robotę, gdy tchórzliwe PiSiory chowały się pod kołderkę.

Zostawmy dziennikarzy, bo w innym obszarze destrukcji, sądownictwie, inna PiSowska dewiantka, znana jako odkrycie kulinarne prezesa próbuje unieważnić prawo unijne na terenie Polski, co w praktyce uniemożliwi działanie Polski w ramach UE. Tak tylko przypominam opinię prawników, ale przecież narodek raczej posłucha pani Ogórek Magdaleny albo pana Jakimowicza Jarosława, ewentualnie pana Najmana Marcina. Może być, że występującego w towarzystwie Chrystiana Paula.

No dobra, tradycyjnie asertywną wypowiedź w temacie Polski mamy za sobą, a teraz niespodzianki atmosferyczne Irlandii. Zrobiło się u nas tak słonecznie, że wraz ze Świechną aż przebieraliśmy nóżkami, żeby wyrwać się w teren. Mając na uwadze, że nie mogę zbytnio szaleć, by zdążyć wypocząć przed pracą, wybieraliśmy raczej spokojne trasy. W sobotę była to wycieczka wokół terenu bitwy nad rzeką Boyne: solidny, kilkukilometrowy spacer wzdłuż rzeki i z powrotem. Było naprawdę cudownie. Drzewa już porządnie się zazieleniły, bez liści pozostały tylko większe gatunki z dębami na czele, ptaki wydzierały się wniebogłosy wyśpiewując pieśni godowe, a takiej ilości psów wyprowadzających właścicieli na spacer chyba w życiu nie widzieliśmy jednocześnie.

Podnieceni sobotnią wycieczką szybko zorganizowaliśmy plan na niedzielę, Świechna zagadnęła naszą przyjaciółkę i okazało się, że jest chętna. Tym razem była to trasa przez najbardziej na wschód wysunięty wierzchołek południowo-zachodniego grzbietu gór Cooley, znana jako Annaloughan Loop. W zeszłym roku przez kilka dni szalał tu ogień i większa część spalonego lasu została już uprzątnięta, odsłaniając stok wzniesienia oraz zwiększając widoczność. Dzięki temu cały czas towarzyszyła nam panorama zatoki Dundalk, a w drodze powrotnej, północno-wschodniego grzbietu Cooley, na którym byliśmy w dniu św. Patryka. Przyroda na spalonej ziemi zaczyna się dopiero odradzać, żałując lasu zgadywaliśmy na głos, co mogło spowodować pożar, żadne z nas nie miało oficjalnych wiadomości. Mimo tego smutnego świadectwa zeszłorocznej tragedii, wycieczka była udana, pogoda dopisała, ja w duchu się cieszyłem, że zdecydowaliśmy się wyjść w góry, bo miejscowości nadmorskie były zatłoczone do niemożliwości, takie tłumy nie są ani przyjemne, ani zdrowe (pamiętamy o pandemii, pamiętamy). To był męczący, ale bardzo satysfakcjonujący tydzień. Jak to dobrze, że Świechna lubi wypoczywać w podobny sposób, co ja. Poszczęściło się nam.

070. Nie zabijaj, nie kradnij.

Uwaga, uwaga! Wczoraj po południu dałem płaskoziemcom kolejny dowód, że nie myślę samodzielnie i przyjąłem szczepionkę, która (o zgrozo!) zamiast mnie zabić na tysiąc sposobów, poprawiła mi humor. Wypróbowałem już chip ze szczepionki, waląc się dłonią w potylicę i robiąc print screeny okolicy, gdy już mi płaskoziemcy wyjaśnią, jak je teraz wydrukować, natychmiast się z Wami podzielę. Z drugiej strony, czego się można było po mnie spodziewać, skoro raka leczyłem chemioterapią i operacjami, zamiast wodą z Lourdes, modlitwą i wsuwaną pod naskórek cieciorką, chyba oczywiste więc było, że gdy tylko zadzwoni do mnie lekarz z informacją, że została mu jedna dawka szczepionki i musi ją wykorzystać, by się nie zmarnowała, od razu się zgodzę i będę mieć sprawę z głowy. Druga dawka za miesiąc! Zbiegiem okoliczności, tego samego dnia zaszczepili się tym samym preparatem moi teściowie i dobrze jest.

Próbuję wskazać teściom opiewany w szantach port Greenore.

W Wielki Piątek w Lublinie miało miejsce wydarzenie które wobec pilniejszych problemów, nie było nadmiernie omawiane, ot…, każdy kto miał ochotę wrzucił kamyczek do ogródka, ale obyło się bez większej zadymy medialnej. „Koncert jak koncert” chciałoby się powiedzieć, ale wiadomo, że jeżeli czemuś patronuje TVP Kurwizja, to chodzi o efekt propagandowy, a w tym wypadku także o kij i marchewkę dla artystów. Wystarczy pobieżnie się orientować w sytuacji, by wiedzieć, że środowisko artystyczne raczej bojkotuje media publiczne, a gdy ktoś się wyłamuje, zyskuje status podobny artystom występującym dla TVP w stanie wojennym. Jest jednak pandemia i albo wystąpisz dla TVP, albo nigdzie (z wyjątkiem sieci, ale wiemy, że nie każdy odbiorca porusza się w niej biegle). I ten właśnie aspekt koncertu był najczęściej omawiany na różnych forach publicznych. Moją uwagę przykuło co innego: Koncert wypełniony był utworami z repertuaru m.in. Dawida Podsiadły, Hey, Republiki, Chłopców z Placu Broni, ale wykonywanymi przez zupełnie innych artystów. Kilka słów na ten temat.

Justyna Steczkowska – Moja krew (Republika cover).

Jak pewnie zauważyliście, liderzy Republiki i Chłopców z Placu Broni nie żyją. O ile Bogdana Łyszkiewicza potrafiłbym sobie wyobrazić w koncercie wielkopiątkowym (pod koniec życia stał się bardzo religijny), o tyle do Grzegorza Ciechowskiego taka szopka mi niespecjalnie pasuje, ale reakcji żadnego z tych artystow nie jesteśmy w stanie zweryfikować. Za to zarówno Dawid Podsiadło, jak i Katarzyna Nosowska (Hey) są, eufemistycznie mówiąc, niechętni współpracy z TVP Kurwizja. Jestem przekonany, że od strony praw autorskich wszystko zostało dograne (inaczej już by było o tym głośno), jednak mam poczucie, że TVP powinna poszukać innej twórczości. Dlaczego nie Bayer Full albo Akcent? Chyba nie chcecie powiedzieć, że „Majteczki w kropeczki” artysty tak wspierającego najlepszy z możliwych rządów mogłyby naruszać powagę koncertu wielkanocnego, nie mówiąc już o dziełach współczesnego prawie-Pendereckiego, prawie-Lutosławskiego z Podlasia, on nie naruszał nawet powagi Opery Podlaskiej w Białymstoku, ani Teatru Wielkiego w Łodzi. Dlaczego sięgnęliście po repertuar „niepewny ideowo”, na Jowisza pytam się?! „Moja krew” jest niemal tak wielkopiątkowa, jak „Żywot Briana”, znaczy się widać pewne odniesienia, ale czy o to chodziło ewangelistom….???

Acid Drinkers – Menel Song (Always look on the bright side of life)

Dziesiątego kwietnia minęła 17-ta rocznica śmierci Jacka Kaczmarskiego, prezes TVP Kurwizja, Jacek Kurski, lubił podkreślać swą przyjaźń z bardem, nawet wykonywał publicznie jego piosenki na potrzeby swojej kampanii wyborczej. Problem z tamtymi wykonaniami polegał na tym, że utwory Kaczmarskiego biły w komunistyczny system wartości, jakim dziś posługuje się PiS. Nie są po linii partyjnej, więc bezpieczniej do nich nie wracać. Dziś przyjaciel jakoś „zapomina” o rocznicy, z nakazu partyjnego ma co innego do świętowania. Tak mi się przypomniało, bo w końcu to jeden i ten sam człowiek wybiera repertuar, choć sam niczego nie stworzył. Wiem, wiem…, to niby takie mało ważne, drobne świństewko, użyć dla celu politycznej szopki utwory stworzone przez kogoś o zupełnie innych poglądach, ale chodzi też o liczbę tych drobnych wredot. Przykład: Choć mieszkam w Irlandii, pozostawiłem w użyciu mój polski numer (obok irlandzkiego). I na ten polski, regularnie jakieś 2 razy w tygodniu dzwoni do mnie kolejna firma, która kupiła go od złodzieja numerów. W Polsce na porządku dziennym są firmy kradnące dane personalne i sprzedające je firmom chcącym coś reklamować – i nikt z tym nic nie robi. Niby drobny przekręcik, pikuś w porównaniu do republiki obajtkowej, ale upierdliwy i niespotykany w cywilizowanych krajach. W Irlandii nie dostaję żadnych reklam na telefon, nie dzwonią do mnie żadne agencje promocyjne z wyjątkiem ofert od firm, z którymi mam podpisaną umowę. Da się? Da się! Tylko w Polsce nadal panuje kultura gównianego złodziejstwa, Europa już to przepracowała.

I tak mi się jakoś sarkastycznie i groteskowo zrobiło, że chyba tak tę notkę zostawię, przynajmniej w części wydarzeń politycznych, a opowiem o pewnej znajomości.

Jak wielokrotnie wspominałem, mamy przemiłych sąsiadów, którzy przy okazji zadziwiają nas swoimi umiejętnościami. Mamy Thomasa – olbrzymiego siłacza, który pływał na kutrach, a dziś na emeryturze zdumiewa nadal siłą do pracy i odpornością na warunki atmosferyczne, mamy małżeństwo miłośników motoryzacji, zmieniających samochody częściej, niż buty lub rękawiczki, mamy też Anne i Michaela, ludzi teatru, których poczynania zawodowe spacyfikował lockdown. Jeszcze w sierpniu gościliśmy u tych ostatnich na garden party i wyglądali na zdrowych i zadowolonych. Minęło 8 miesięcy, a Michael wygląda, niczym bezdomny narkoman. Zniszczona skóra, przygarbiona i roztrzęsiona sylwetka, „traperskie” ubranie. Jakby zupełnie przestał dbać o siebie. Jest poważnie chory, a mocne zaplecze jego problemów zdrowotnych stanowią regularnie opróżniane butelki. Z niejakim przerażeniem uświadamiamy sobie w dyskusjach ze Świechną, że właściwie za każdym razem, gdy go widujemy, niesie butelki puste, bądź pełne. Przychodzi mi teraz do głowy myśl, że zostało mu niewiele czasu na zmianę. Gdy człowiek jest młody, może się intoksykować latami, nim zauważy fatalne skutki zdrowotne. W przypadku osób w moim wieku, takie pójście po całości może się skończyć zejściem w przeciągu kilku – kilkunastu miesięcy. Ostatnie słowa, które usłyszał ode mnie mój towarzysz szaleństw młodości brzmiały: Jeżeli nie pójdziesz na odwyk już teraz, to niedługo przestaniesz mieć wpływ na cokolwiek. Albo nie będziesz mógł wstać z łóżka, albo wysiądzie ci głowa i zamkną cię w psychiatryku. Półtora miesiąca później już nie żył. W przypadku Michaela, nawet nie znam go na tyle, by był sens się do niego zwracać w ten sposób. Nie lubię poczucia bezsilności.

Z bezsilnością wiąże się trzeci i ostatni wątek dzisiejszej notki. Śmierć to śmierć, ale gdy przydarzy się siedemnastolatce, obdarzamy ją chętnie pejoratywnymi określeniami takimi jak „głupia”, czy „niepotrzebna”. Właśnie czytałem o takim przypadku. Młodzież zrobiła sobie ognisko, a jedna z uczestniczek źle się poczuła (możliwe, że po alkoholu), przysnęła, potem płakała i chciała wracać do domu, po czym udała się w jego kierunku. Znaleziono ją martwą, a spekulacjami wobec przyczyn śmierci zajęły się już tabloidy, zawsze chętne do babrania się w cudzym bólu. Mnie zainteresowało coś innego. Opublikowano (prawdopodobnie bez zgody rodziny, bo z rozpikselowaną twarzą) zdjęcie ofiary w mundurze Orląt Z.S. „Strzelec” z Rzeszowa, więc rzuciłem okiem na ich stronę. A tam treść przyrzeczenia.

Wstępując w szeregi Orląt Związku Strzeleckiego „Strzelec” przyrzekam: Postępować stale według prawa orlęcego (WTF?!), aby stać się godnymi tych orląt, które przelaną swą krwią serdeczną wskazały nam jak kochać ziemię ojczystą. Jak żyć dla niej i umierać. Tak nam dopomóż Bóg.

Kolejna banda sfrustrowanych łajdaków chce zarabiać przerabianiem młodych na mięso armatnie. Z ciekawości? Jak to się umiera dla Polski? Dziewczyna właśnie straciła życie, jak to powiązać z dobrem kraju? Od chwili śmierci nie zrobi dla niego już niczego, ale pieprzyć tzw. ojczyznę, skoro dziewczyna nie zrobi też niczego dla siebie, nie przeżyje żadnej dobrej chwili, nie zrealizuje żadnych marzeń, ani drobnych, ani wielkich. Robię się zły!

069. Kwiecień – plecień.

120 km od naszej wsi, półtorej godziny drogi samochodem wybuchły poważne zamieszki z udziałem setek wandali nie wahających się użyć koktajli Mołotowa. Mowa o Belfaście, dla którego wiek XX był bolesną lekcją poglądową w temacie nienawiści, zdawać by się mogło, że odrobioną. Próbowałem się telefonicznie skontaktować z koleżanką mieszkającą niemal w epicentrum zamieszek (dosłownie kilka przecznic dalej), lecz jak się później okazało, zawsze dzwoniłem, gdy prowadziła samochód i nie mogła rozmawiać. W końcu się udało. Po pierwsze, na szczęście śmierć księcia Filipa zatrzymała burdy. Po drugie, także na szczęście, zadymy potępia zdecydowana większość mieszkańców i jeżeli już trzymają oni kciuki za którąś ze stron, to jest nią policja pacyfikująca zwaśnione grupy, czyli jest nadzieja na szcześliwe rozwiązanie.

Kazik – Kochajcie dzieci swoje.

Nieco przy okazji taka historyjka: Mam w Polsce kilkoro homoseksualnych znajomych, między innymi kolegę, który jest nauczycielem w szkole, a prywatnie partnerem pracownika IPN. Ma wiekowych i potrzebujących wsparcia rodziców, którzy nigdy nie będą mogli liczyć na jego opiekę, gdyż ich konserwatywne poglądy połączone z patologiczną religijnością nie dają mu podstaw do wiary, że byliby skłonni zaakceptować jego związek. Z tego samego regionu Polski pochodzi wspomniana w pierwszym akapicie koleżanka z Belfastu. Ona również jest homoseksualna. Nie pytałem się jej, czy rodzice akceptują ten związek, ale z całą pewnością mieszkańcy jej miasteczka są dalecy od tolerancji, pod żadnym pozorem nie chce tam wracać. Dziewczyna jest architektem, więc gdyby tylko mieszkała w Polsce, swoją pracą dawałaby większe wpływy do budżetu, niż przeciętny Polak. Jednak z powodu homofobii grasującej w grajdole nadwiślańskim, jej praca wzbogaca inny kraj, niebiedny przecież, bo Polska nie jest nawet w pobliżu dochodów Wielkiej Brytanii. Mało tego, moja koleżanka opiekuje się wiekowymi rodzicami swojej partnerki, oczywiście wspólnie z nią. Obie robią to chętnie, ponieważ są przez nich akceptowane.

Mam nadzieję, że ten dość prosty i przejrzysty przykład stosunków międzyludzkich naświetlił łoptologicznie kwestię skutków homofobii. Zarówno największy polski związek wyznaniowy, jak i konserwatywna część społeczeństwa pozbawia w ten sposób ludzi starszych opieki, a państwo traci bezpowrotnie potencjalne wpływy z podatków uciekających przed prześladowaniami rodaków decydujących się na emigrację. To bardzo prosta konsekwencja.

Zmieniając temat: Trochę się przybrudził i popękał pomnik smoleński, nieprawdaż? Myślę, że Kaczyński najchętniej by wykreślił z kalendarza dziesiąty dzień każdego miesiąca, przypominający o jego nekrofilii politycznej i zdradzieckiej roli Macierewicza. Przyjrzyjcie się dokładnie zamieszczonym tu obrazkom. To od początku była łajdacka groteska, ale teraz, to tam jeszcze tylko trzeba nasrać.

Natknąłem się w sieci na dość przerażające porównanie. Słyszeliście, że we wrześniu 1939 roku w wyniku działań wojennych ginęło średnio 2 tysiące Polaków dziennie. Kilka dni temu koronawirus zgładził w Polsce jednego dnia prawie tysiąc Rodaków. Teoretyczny prezydent Duda stwierdził, że sytuacja wygląda lepiej, niż się spodziewano. Z ciekawości…, to ile ofiar się spodziewano? Tyle co we wrześniu 1939, a może więcej? W rekordowym dniu zginęło dziesięć tupolewów chorych, dziś osiem. Mam bić brawo?

068. Melancholia, szczęście, spokój, czyli pięćdziesiątka.

Zatem jest, nadszedł dzień pięćdziesiątki. Zastał mnie niewiele sobie robiącego z wagi daty, właściwie ignorującego przesłanie z niej płynące, jeżeli w ogóle takowe istnieje. Jak co dzień spaceruję ze Świechną, razem jemy, razem oglądamy filmy, później o nich rozmawiamy, a jeszcze później czytamy siedząc obok siebie różne książki i dzielimy się spostrzeżeniami. Nic nas nie goni, nie mamy zaległości do nadrobienia, każdy dzień wydaje się być spokojny, choć koniec końców każdą dobę mamy szczelnie wypełnioną i nuda nas z pewnością nie zżera.

Piotr Bukartyk – Tylko o nas. Ależ ten muzyk i poeta musiał narozrabiać – nie sądzicie 😉

Niedzielny seans „Purpurowej róży z Kairu” wprowadził mnie w melancholijny nastrój, a wszystko przez bardzo plastycznie grającą Mię Farrow. Zanim powiedziała słowo, wiedziałem jaka jest sytuacja, a że pierwsze pół godziny filmu, to ona siedząca w kinie, ona uciekająca od rzeczywistości w filmową fikcję i inny świat, ona reagująca tak, jakby to co na ekranie, działo się tu i teraz obok niej i ona była częścią zmyślonego świata, tak go pragnęła, tak chciała uciec od podłej rzeczywistości kryzysu oraz męża – przegranego pijaka, hazardzisty i sadysty, więc czułem całym sobą tą jej ucieczkę w nierealny obraz. Gdy ja poznawałem kino, ludzie już tak nie reagowali, oba puławskie kina w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wypełniali ludzie nieźle wykształceni, znający różnicę między filmem a rzeczywistością, osoby które nawet gdyby się wzruszały, to niechętnie pozwoliłyby sobie na okazanie uczuć, pilnowały się. Ale znałem jedno kino, zupełnie jak od Woody Allena, kino z małego miasta, wypełniane przez dziewczęta i chłopców z patologicznych rodzin, oglądających jeden film po dwadzieścia razy, śmiejących się, krzyczących, żywo komentujących akcję. Nie mam pojęcia skąd brali na bilety, bo ich wiecznie pijani rodzice i kochankowie rodziców nie byli w stanie im zapewnić nawet regularnych posiłków, ani czystych ubrań.

Siedzę więc i gdy tylko moja głowa nie jest zajęta niczym bieżącym, widzę dziecięce twarze rozstrzelanych kilkanaście lat później w gangsterskich porachunkach Małego Adasia i Mielonego, dzieciaków wychowujących się w takiej patoli, że częściej byli bici, niż karmieni. I trzecia twarz, Pawła P. wywodzącego się z podobnej rodziny, najbardziej znanego złodziejaszka w okolicy, który taki znalazł sposób na głód, ale nie wiem czy dziś żyje, bo popadł w alkoholizm, a to już wiek, w którym wódka topi uzależnionych masowo. Widzę małe, pełne ludzi kino, lecz rozpoznaję tylko te trzy twarze, chłopców którzy chcieli być rycerzami Jedi lub wychowankami Shaolin, Indianą Jonesem, Brucem Lee, kimkolwiek, kogo już nie da się pobić, kto jest się w stanie ocalić, chcieli zmienić się z ofiar w obrońców swego rodzeństwa, kuzynostwa, koleżanek i kolegów. Potem nadeszła dorosłość, kino zamknięto, lecz oni pewnie i tak by już z niego nie korzystali. Ulica pozbawiła ich złudzeń, nie wierzyli już w nic oprócz tego, co można zdobyć tu i teraz.

Tom Waits – In The Neighborhood.

Męczą mnie te myśli, bo z bezsilności chce mi się płakać, a mnie z kolei taki stan życie nauczyło przerabiać na złość, więc klnę na komunę, która co prawda dawała szansę edukacji, ale nie pokazywała jej celu, bo przecież nie matura, a chęć szczera…., więc nagradzane było cwaniactwo, a nie wiedza. Biorę się więc za książkę, na tapecie „Morfina” Twardocha, który jedzie po całości i burzy jeden mit Polski międzywojnia za drugim. Panowie, mieszczanie, wojsko i jego oficerowie, chłopstwo, patologicznie cnotliwe mężatki leżące nieruchomo na wznak podczas stosunku z mężem i rozwiązłe dziwki robiące wszystkie numery świata okraszone niewyobrażalną ilością ciężkiej do przełknięcia perwersji, wszystko się miesza w alkoholowo-opiatyczny koktajl, z którego wynurza się społeczeństwo niezdolne nie tylko do obrony przed zorganizowanym wrogiem w mundurach Wehrmachtu i SS, ale też przed własną, polską-żydowsko-ukraińską tkanką narodową. Nie odpuszcza nikomu.

KNŻ – Legenda ludowa.

Zamykam książkę i łapię kontakt z rzeczywistością. Jest spokojnie, Świechna czyta wywiad rzekę z Bartoszewskim, kot Ryszard towarzyszy nam, jeśli tylko kocie obowiązki nie wyganiają go na obchód terenu. Jest dobrze. Spokój, uśmiech, wymieniami się wrażeniami z naszych lektur. Jeżeli pogoda pozwoli, wyjdziemy na spacer. My – trzymając się za ręce, Rysio krocząc dostojnie kilka metrów za nami, obserwując z nastroszonymi uszami podejrzane zarośla i podbiegając do nas, gdy uzna, że odległość między nami staje się niebezpiecznie duża. Dopadnie nas unosząc dumnie ugon, niczym proporzec. Obejdziemy osiedle, kot otrzyma coś dobrego do swej miski, a my udamy się gdzieś dalej, na którąś z naszych plaż, może na „głowę”. Jeśli będzie za zimno, zadowolimy się wyjazdem po zakupy. Trzeba dokupić świeży chleb i trochę łakoci przy okazji.

Biegnie siedemnasty rok, odkąd zamieszkałem w Irlandii, kraju gdzie pracodawca zwraca się do mnie jak do partnera w biznesie, a nie jak kapral do szeregowca w zasadniczej służbie wojskowej (to drugie było w opuszczanej przeze mnie Polsce bardzo modne). Sąsiedzi z uśmiechem witają mnie jak co dzień, rozmawiają o bieżących radościach, a ich uprzejmość oznacza to, że tak są wychowani, a nie, jak to często wyobrażają sobie moi podejrzliwi rodacy, że coś knują. Wiele zawdzięczam temu społeczeństwu. To tutejsi lekarze uratowali mi życie wyciągając z rozległego, zbyt późno wykrytego nowotworu, poddając skomplikowanym operacjom i dopiero przybyłym zza oceanu chemioterapiom, które przyjmowałem jako jeden z pierwszych pacjentów w Irlandii. Biję każdy zakład, że w kraju rodzinnym już bym nie żył, łatwo by było na mnie zaoszczędzić, bo guz wielkości pięści na kręgosłupie już rozwalał mi kości, wystarczyłoby wyznaczyć termin leczenia na kilka tygodni później, Polska uznałaby to za normę, przeznaczenie, wypadek losowy. Co ciekawe, tutaj (w Irlandii) nikt nie uznawał, że mi robi jakąś wielką łaskę: Płaciłem uczciwie ubezpieczenie, właściwie ściągał je bez mojego udziału urząd skarbowy, więc przysługiwała mi pomoc, a nie (jak to w Polsce bywa praktykowane) sugestia, że na NFZ to trzeba czekać 5 lat, ale za to prywatnie to może by się coś dało zrobić. Gdy sobie pomyślę, że w Polsce do tej pory uznaje się odwlekanie leczenia za normę, że bez znajomości jest kiepsko z ruszeniem jakichkolwiek terapii, od razu się denerwuję. To, że dzisiaj, podczas pandemii w Polsce wożą ludzi w karetkach od Annasza do Kajfasza, czekając na śmierć któregoś z pacjentów, a w Irlandii każdy kto się zgłasza do szpitala, ma zapewniony dostęp do pomocy, jest wynikiem tej właśnie „normy”. W Polsce biedni zawsze byli zrezygnowani i uważali, że po prostu tak ma być, a cwaniaczkowie byli przekonani, że sobie coś „załatwią”, a dziś, gdy setki cwaniaczków chcą „załatwić” coś od zaraz, wszystko się korkuje i gnije. Bo się nie chciało służby zdrowia zreformować, skorzystać z doświadczeń Zachodu, bo ważniejsze było wyborcze „pińcet” i ci, którym się „po prostu należało”.

Piotr Bukartyk – Nawet mam już ten dom.

Zatem żyję, obchodzę pięćdziesiątkę, podczas gdy kilka osób, które 13 lat temu były święcie przekonane o tym, że wkrótce wezmą udział w moim pogrzebie, wącha już kwiatki od spodu. To nie przypadek, a możliwość udzielenia pomocy przez lekarzy i chęć przyjęcia tej pomocy przeze mnie, przestrzeganie ich zaleceń, a wyrzucenie do śmieci wszelkich lękowych teorii spiskowych. W międzyczasie, będąc czarną owcą rodziny obserwowałem, jak familijne „wzory nauki i pracy” pakują się w coraz większe tarapaty, podczas gdy ja coraz pewniej, swobodniej i weselej poruszałem się po moim świecie. 26-go maja miną 4 lata, odkąd poznałem moją Żonę. Pracujemy, chodzimy po górach i wybrzeżu, zwiedzamy ciekawe miejsca, rozmawiamy, a wszystko w systemie „razem, blisko, ciepło i z uśmiechem”. Około godziny 21-ej czasu Greenwich ukończę pięćdziesiątkę. Znacie zapewne te podsumowania, co zrobiłem, co przegapiłem i odwieczne pytanie „czy gdybym mógł cofnąć czas, to co bym zmienił”. Odpowiedź brzmi: NIE ZMIENIŁBYM NICZEGO. Nie, nie dlatego, że jestem tak dumny z wszystkiego, co do tej pory robiłem. Absolutnie NIE DLATEGO. W moim życiu popełniłem wiele niepotrzebnych błędów, których powtórzenie odradzałbym każdemu młodemu człowiekowi. Są rzeczy, za które jest mi przykro, są takie, których się wstydzę. Wiem z całą pewnością, że nie warto przez to przechodzić, skoro można uczyć się na cudzych błędach. Miałem to szczęście, że na swoją miarę, na swoje możliwości uczyłem się na błędach swoich, a także od pewnego momentu nabrałem umiejętności uczenia się na błędach cudzych. Okazało się, że to wystarczyło mi do tego, by poczuć się szczęśliwym przy mojej Świechnie. I to Ona jest głównym powodem, dla którego bym nie chciał niczego w moim życiu zmieniać. Bałbym się, że nie popełniając niektórych błędów młodości, nie mógłbym spotkać mojej dzisiejszej Żony. Wolałbym przejść jeszcze raz przez to, co przechodziłem, byle móc z Nią być. Poza tym, mam obawy, że gdybym nie spieprzył w młodości tego, co spieprzyłem, mógłbym być dziś tak zarozumiały, że zniszczyłbym życie sobie i być może komuś jeszcze. Pycha to fatalna cecha, która prowadzi do marnego końca zwanego samotnością i zgorzknieniem. Nie zaśpiewam, jak Edith Piaf „NIE ŻAŁUJĘ NICZEGO”, bo to nie jest prawda, wielu rzeczy żałuję, nie chciałbym ich powtarzać. Kocham to życie, które mam i nie chcę prowadzić innego, otaczam się ludźmi, z którymi chcę się widywać, żyję z kobietą, z którą chcę żyć. Wkrótce skończę pięćdziesiąty rok życia, zamierzam żyć, cieszyć się tym co mam, zachwycać się wszystkimi moimi odkryciami i chcę to robić z moją Świechną.

067. Wielki Tydzień – Wolne Dni.

Nie mam wątpliwości, że wydarzeniem tego tygodnia w polskich domach będzie Wielki Tydzień. Dziwi mnie tylko główny bohater, bo według mnie, męczeństwo mieszkańców getta warszawskiego, którzy zerwali się w tym czasie do samobójczej walki z hitlerowskimi zbrodniarzami dalece przebijało męczeństwo Jezusa z Nazaretu, zresztą nie to jedno mnie dziwi. Ponieważ jedną z głównych ról w tych dniach odgrywa śmierć, chciałbym podzielić się z Wami taką historią:

Wyczytałem w sieci, że aktualnie zgony w Polsce z powodu Covid-19, to 25% wszystkich zgonów w Europie, niestety, nie udało mi się znaleźć potwierdzenia, ani zaprzeczenia tej informacji. Za to Świechna dotarła do wiarygodnych statystyk (raport firmowany przez BBC), z których wynika, że Polska w roku 2020 odnotowała najwyższy w Europie wzrost ogólnej liczby zgonów ponad średnią z wcześniejszych pięciu lat – zwiększenie umierających o 11,6% i cały 1 punkt procentowy przewagi nad drugą na liście Hiszpanią. Z informacji, które docierały do mnie z Polski domyślałem się, że koronawirus położył polską służbę zdrowia, ale te dane (pierwsze miejsce w czarnych statystykach) nawet mnie zaskoczyły, okazuje się że Rumunia i Bulgaria nie mają tak fatalnych wskaźników wzrostu ogólnej liczby zgonów, jak Polska. Za to hurra, hurra, ze względu na skrócenie oczekiwanej długości życia, ZUS podniesie emeryturę. Cieszysz się, podła zmiano? System emerytalny dostał zastrzyk wczesnej śmierci, nie trzeba wypłacać tylu pensji, a że na każdych 8 zgonów przypada jeden dodatkowy, imienia Jarosława Kaczyńskiego, to szczegół.

Czarno-czarni – Nie choruj.

Z innych informacji wielkotygodniowych: Posłanka Klaudia Jachira słusznie zauważyła, że zbliżają się Wolne Dni i to dobra okazja, by wypisać się z kościoła. Zważywszy na fakt, że Watykan właśnie uznał panów Edwarda Janiaka i Sławoja Leszka Głódzia (z zawodu księży biskupów) winnymi ukrywania pedofilów poprzez PRZENOSZENIE ich na inne parafie i ukarał ich, pedofilskich mecenasów, PRZENIESIENIEM do innych diecezji, stwierdzam że każdy uczciwy człowiek powinien radę posłanki rozważyć, już bez udawania, że Franciszek to inna jakość. Co ciekawe, niejaki Sławomir Świerzyński, z zawodu wykonawca disco polo, zapewnił że w czasie świąt WSTAWI SIĘ u Jezusa za „kobiety zwiedzione przez Jachirę”. Podejrzewam, iż Jezus aż nóżkami przebiera w oczekiwaniu na wykon przeboju „Majteczki w kropeczki”, może nawet zażyczy go sobie po chińsku, natomiast o tym, że pan Sławek SIĘ WSTAWI, to jestem głęboko przekonany. Wiadomo, „JAJECZKO”!

Karolina Czarnecka – Módl się za nami.

Skoro już z tematów tragicznych przeszedłem do tragikomicznych, to nie omieszkam skomentować jakże fantastycznej wiadomości. Otóż niejaki Sasin Jacek, czyli pan 70 baniek, zapowiedział budowę łuku triumfalnego w TOMASZOWIE LUBELSKIM. Jak na patridiotę przystało, pan Jacek zapomniał zaprząc swego tęgiego niewątpliwie umysłu do sprawdzenia historii miasta. Bo choć w ubiegłym stuleciu w jego okolicy odbyły się dwie wielkie bitwy, to w obu przypadkach triumfowali hitlerowcy, więc pytam się na wszelki wypadek, komu jest poświęcony ten łuk. Wiem, wiem że pan Jacek twierdzi, iż chodzi o wojnę 1920, jednak na próżno w okolicy Tomaszowa szukać jej znaczących epizodów, choć niewątpliwie jakąś świnię tamtejszego chowu dostarczono jednej z walczących stron, lecz nadal nie wiadomo której. Zapytam z ciekawości: Gdyby panu Jackowi zaproponować zmianę lokalizacji łuku na Waterloo, to czy znalazłby w tym jakiś haczyk? I czy również sądzi, że prezydent Duda nie jest debilem?

Tymczasem zmieniliśmy czas i pogoda postanowiła nam ten fakt wiosennie podkreślić. Kilka słonecznych dni wykorzystaliśmy na nadmorskie spacery, wielkie pranie, niewielkie zakupy, a jeszcze czasu nam starczyło na kilka filmów. Jeśli zbiorę się w sobie, to coś na ten temat skrobnę, choć patrząc na swój nadzwyczaj skromny zapał, jestem ostrożny z obiecywaniem czegokolwiek.

Wiosna, Gołąbeczki 😉

Najważniejsza informacja dla Irlandii z wczoraj: Od 12-go kwietnie ma być lekko poluzowany lockdown. Zyskamy możliwość legalnego poruszania się po naszym hrabstwie, co umożliwi nam spokojniejsze wycieczki krajoznawcze. Już dziś się ze Świechną cieszymy, choć tak naprawdę, to myślę że nie ma większego szczęścia, niż być razem i cieszyć się sobą, dlatego robimy to wszędzie i o każdej porze.

066. O uczeniu cudzych dzieci.

Zanim przejdę do notki, chciałbym podziękować Celtowi za piękną rekomendację, aż chciałbym w tym momencie napisać coś genialnego, by sobie na nią w pełni zasłużyć, a tymczasem mam tylko rozbiegane myśli, które od czasu do czasu staram się uporządkować. Bardzo Ci dziękuję Piotrze, a wszystkich zainteresowanych światem anglojęzycznym, zwłaszcza celtyckim, zapraszam na Polankę – kliknij w ten akapit, jeśli chcesz poczytać ten blog. Dla lepszego zapoznania z tematyką, sugeruję przyjrzenie się lewej szpalcie, gdzie Celt Peadar umieścił kategorie i cykle.

Ponieważ od jakiegoś czasu Świechna zaczęła pracować w projekcie wsparcia uczniów z problemami ze zdobyciem irlandzkiego świadectwa ukończenia nauki, krąży mi po głowie kwestia różnic w wychowaniu dzieci i młodzieży w Polsce i Europie Zachodniej. Przysłuchuję się zdalnym zajęciom, w których moja małżonka bierze udział jako nauczyciel pomocniczy i pierwsza rzecz, która mnie uderzyła, to otwartość uczniów. Proste i szczere odpowiedzi na pytania, bez prób wprowadzania w błąd, tłumaczenia się z powodu niewykonanego zadania, czy nieobecności. W dodatku uczniowie szczerze rozmawiają z nauczycielami o zainteresowaniach, sposobie spędzania wolnego czasu, co nie jest oczywiste w polskich szkołach.

David Bowie – All The Young Dudes (Live at the Isle of Wight).

Pytanie:

Skąd się bierze szczerość, otwartość i spokój na zajęciach? Pamiętajmy, że mamy do czynienia z uczniami z problemami natury psychicznej, a także wynikającymi z biedy, patologii i innych czynników , a mimo to, wydają się być bardziej dostosowani do życia społecznego, niż ich polscy rówieśnicy.

Odpowiedź:

Chciałbym mieć taką wiedzę, by wyjaśnić ten fenomen. Niestety, posiadając tylko jej strzępki, pokuszę się zaledwie o hipotezę. Po pierwsze, zauważyłem że ŻADEN nauczyciel ANI RAZU NIE WYDZIERAŁ SIĘ na ŻADNEGO ucznia, co nauczycielom w Polsce zdaje się przychodzić bez trudu (znaczy się, drą się bez żadnych zahamowań). Jeżeli uczeń irlandzkiej szkoły nie wykonał jakiegoś zadania, nauczyciel oświadcza mu, że musi to zaznaczyć w dokumentach, jednocześnie informuje go, gdzie i w jaki sposób może nadrobić brak. Nawet, gdy uczeń próbuje się tłumaczyć, nauczyciel ucina grzecznie dyskusję mówiąc, że on jest tylko od zaznaczenia wyniku zadania, a wszelkie wątpliwości można wyjaśniać u kierownictwa projektu. Nie ma jęczenia, szantażu emocjonalnego, prób wpłynięcia na nauczycieli, bo to nie działa, nie daje żadnego efektu. Jest jeszcze coś…. Nauczyciele w Irlandii pod żadnym pozorem nie poniżają uczniów, nie wyzywają od nieuków, leni, głąbów…, podczas gdy wyobraźnia polskich nauczycieli była pod tym względem nieograniczona, przynajmniej w czasach, gdy uczyli oni mnie, a jak wiadomo, kto sieje wiatr, zbiera burzę.

A jak Wy byście wyjaśnili ten fenomen otwartości i szczerości irlandzkich uczniów?

Z dużym niepokojem czytamy o kolejnych rekordach pandemicznych w Polsce. Podczas kiedy w Irlandii każdy chory może liczyć na odpowiednią pomoc (pod tym pojęciem rozumiem leczenie każdej choroby, nie tylko COVID-19), w Polsce lekarze są już zmuszani do selekcji. No, ale Polska jest krajem, w którym nadal liczni duchowni twierdzą, że kościoły są miejscem uzdrowień, a nie zakażeń, a antyszczepionkowcy organizują hejt na Lindę, gdy ten poinformował na swoim profilu, że się zaszczepił i czuje się świetnie. Pozostawię to bez komentarza.

065. Żyj tak, by twoje dziecko nie musiało zmieniać nazwiska.

Tytuł dzisiejszej notki zaczerpnięty jest z internetu. Obserwator bieżących wydarzeń w Polsce z łatwością domyśli się, że jest on aluzją do zmiany nazwiska byłego księdza, Tymoteusza Szydło. Przykra historia człowieka, ktorego wychowanie zostało tak spieprzone, że najpierw nie potrafiąc rozpocząć samodzielnego życia, postanowił zostać księdzem, a będąc bezsilnym wobec upolitycznienia swojego kapłaństwa przez partię znanej mamuśki i współpracującą z nią sektą katolicką, postawił się w arcytrudnej sytuacji, której sedno się objawiło, gdy w związku z (jak to sam określił) kryzysem wiary porzucił stan kapłański. Niestety dla niego samego, nadal nie potrafił wziąć odpowiedzialności za swoje życie na siebie, nie odciął pępowiny i znów uwierzył mamuśce, która użyła partyjnego protegowanego z układu pcimskiego do załatwienia Tymkowi wcale nie jakiejś szczególnie intratnej pracy, za to w firmie, w której udziałowcami są Brudna Pała i jego matka. Gdyby ex-ksiądz miał odrobinę doświadczenia życiowego, wiedziałby jak śmierdząca jest to sprawa, zwłaszcza gdy mu doradzono zmianę nazwiska, a tak, mamusia znów podrzuciła mu ciężar swojej kariery. I tak sobie myślę, że Polacy powinni przypominać sobie tę nieporadność i pchanie się w coraz to większe kłopoty za każdym razem, gdy jakiś ksiądz próbuje ich uczyć „jak żyć”.

Skoro już przy rodzinach przestępców z partii rządzącej jesteśmy, wspomniany pan Brudna Pała zaczął się odgrażać dziennikarzom i posłom śledzącym jego przekręty, że (uwaga) JEGO SYN PŁACZE I ON TEGO NIE DARUJE. Riposta jest warta przytoczenia: NA JEGO MIEJSCU RODZINĄ BYM SIĘ NIE ZASŁANIAŁ (…), BO TO ROZWODNIK I NIE WIEM CZY W OGÓLE WIDUJE SYNA, WIĘC JEŚLI JEGO SYN PŁACZE, TO Z INNEGO POWODU! „Co się tak rzucasz, do chuja trypla, będziesz siedział Brudna Pało”, chciałoby się odpowiedzieć Obajtkowi jego ulubionym językiem, by dobrze zrozumiał.

Klaus Mitffoch – Tutaj wesoło.

Zmieniając temat…, mamy w Polsce naszą wersję „ME TOO”, Aktorzy opowiadają o mobbingu, publicznych upokorzeniach oraz molestowaniu i w głowę zachodzę, jak długo jeszcze będziemy jako Naród nabierać się na manipulacje w stylu „może pani profesor była surowa, ale to świetna aktorka, zna swój fach i ma świetne efekty”. Czy naprawdę tak trudno pojąć, że te efekty pani profesor uzyskała MIMO przestępczych zachowań, a NIE DZIĘKI NIM?! Irytuje mnie to zwłaszcza w kontekście innych typowo polskich zwyczajów, jak kłótni o byle co (tu odeślę chętnych do artykułu z „Na temat”- kliknij tu jeśli chcesz poczytać) – w skrócie chodzi o to, że potrafimy pyszczyć o byle gówno: o rower zostawiony na klatce, o dziecko grające w piłkę na podwórku, o zbyt głośne dziecko w autobusie. Prywatnie uważam, że wszystko się zgadza z jednym wyjątkiem: Ja tę postawę pamiętam również z dzieciństwa, czyli z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Precyzując, chodzi mi o postawę typowego polskiego tchórza: „Wydrę się na dziecko, bo to jest dla mnie bezpieczne, pokłócę się z sąsiadką, a współcześnie, to jeszcze w internecie, bo tam mi nic nie grozi, ale w sprawie dorosłych przestępców będę siedzieć cicho i raczej zaatakuję ofiarę, niż sprawcę przemocy.” Wczoraj na przykład zirytował mnie hejt na Lewandowskiego za przyjęcie orderu, który mu za osiągnięcia sportowe i rozsławianie kraju przysługiwał jak psu buda. Problemem okazał się fakt, że order ten przyznaje Prezydent RP, aktualnie stanowisko to jest obsadzone przez niejakiego Dudę Andrzeja, błazna i czopka Kaczyńskiego, na którego czeka Trybunał Stanu. Jest jednak mały haczyk: To nie Lewandowski go wybrał, nie on za nim agitował, nie on sprzedał Polskę za 500 + i możliwość bezkarnego szerzenia faszyzmu na ulicach, stadionach i w kościołach. Za to jest on faszystom bardzo dobrze znany i przez nich rozpoznawalny, bo ich grupy często wywodzą się ze środowisk kibolskich. Gdy przyjęcia odznaczenia odmówi pisarz, to przeciętny kibol za cholerę nie będzie wiedział o co chodzi, bo ani nie czyta książek, ani tym bardziej nie wie jak pisarz ten wygląda (przynajmniej dopóki pisarz nie dostanie Nobla i jego twarz nie będzie się pojawiać w każdym wydaniu programów informacyjnych). Zna za to na pamięć nie tylko piłkarzy reprezentacji, ale i wszystkich graczy ligowych. Zawsze mnie drażni, gdy ktoś próbuje być odważnym używając innej osoby i chętnie przyjmie cios, na przykład na klatę Lewandowskiego. I śmiem twierdzić, że uhonorowanie najlepszego piłkarza ubiegłego roku nie dałoby żadnych politycznych skojarzeń, gdyby nie hejt. Order państwowy dla osoby szczególnie zasłużonej jest starym zwyczajem, nie ma wiele wspólnego z polityką, za to odmowa jego przyjęcia – i owszem, stanowi już pewną polityczną deklarację. Możecie mi wyjaśnić, kto taki ma prawo domagać się politycznych deklaracji od prostego chłopaka, który całe życie marzył, by dobrze grać w piłkę, a gdy swoją ciężką pracą i dzięki niemieckiej myśli trenerskiej doszedł na światowy szczyt, nagle okazuje się, że ktoś chce od niego manifestu politycznego? Ja naprawdę bym się nie zdziwił, gdyby okazało się, że Lewandowski nie rozróżnia polityki PiS od PO i SLD, nie mówiąc o Hołowni, czy Kukizie. Dwa razy dziennie trening, mecze, podróże, wszystko to za granicą i w towarzystwie mówiącym innymi językami, niż polski. I on miałby śledzić polską politykę? Wątpię! Naprawdę dobrze by było wreszcie odróżnić społecznie szkodliwe przestępcze działania od codziennych, prywatnych wyborów zawodowych.

Piotr Bukartyk – Ja tu tylko gram.

Skoro Lewandowski, to wielki Świat. Wczoraj kibicom wyścigów formuły E w Arabii Saudyjskiej ukazało się groźne widowisko: Na niebie pojawiły się ognie, a potem dwa wybuchy. Okazało się, że to rakiety „Patriot”, które udaremniły terrorystyczny atak rakietowy. Próbowaliście kiedyś sobie wyobrazić, że Polska będzie tak chroniona, że w tak spektakularny sposób będzie mogła odeprzeć niespodziewany atak rakietowy? Nie mówimy tu o stanie pełnej gotowości w czasie wojny, a o codziennym życiu. Póki co, w naszym wojsku rządzi polityka, bezpieczeństwo zaś jest mniej istotne od zachcianki do lądowania we mgle wielkim, przeznaczonym dla lotnictwa cywilnego samolotem w służbie armii.

Teraz, gdy już napisałem post na tyle długi, że już kilka akapitów wcześniej odstraszył wszystkich mających kłopoty z czytaniem zdań złożonych ze zrozumieniem, przejdę do spraw prywatnych. W zastraszającym tempie zawężają się moje okolice pięćdziesiątki, do przełomowej daty zostało już mniej niż miesiąc. W związku z tym Świechna, jako troskliwa małżonka, zasypuje mnie okolicznościowymi prezentami, którymi nie omieszkam się pochwalić.

Oto naczynko mate i bombilla. Choć to argentyński napój, moje matero zrobione jest z ceramiki stylizowanej i zdobionej w sposób charakterystyczny dla Celtów lub Irów. Marzyłem o tym, by w ciepłe dni móc zasiąść przed domem z takim naczynkiem w ręku i sącząc yerbę cieszyć się sprzyjającą aurą – i oto jest, przyszło kilka dni temu wraz z solidnym zapasem różnych gatunków yerby widocznym na zdjęciu poniżej. Oprócz tego moja Świechna zaopatrzyła mnie w widoczne na górnym zdjęciu balsamy po goleniu Chanel z linii Bleu oraz Allure Sport. Przyznacie, że moja Małżonka zadbała o spersonalizowane prezenty.

Najbardziej jednak wzruszyły mnie nasze wspólne wyprawy. W Dzień św. Patryka zrobiliśmy sobie przemarsz w towarzystwie kruków i skowronków wzdłuż całego północnego grzbietu gór Cooley z Wietrznej Przełęczy aż do szczytu Slieve Foy (588mnpm), skąd zeszliśmy do naszego Carlingford. Relacja jest u Świechny (kliknij tu, by poczytać). Wczoraj zaś udało nam się spędzić kilka godzin na polu bitwy nad Boyne – w towarzystwie wron, wróbli, zięb i sikorki modraszki. I pięknie jest!

064. Zbieram się w sobie.

Zbieram się w sobie i zbieram, i zebrać się nie mogę, odkładając wszystko na później, pisanie tekstów również. A przecież tyle ciekawych rzeczy się stało w międzyczasie. Na przykład zaszczepiono prezesa pana. Niezawodny Krzysztof Skiba z Big Cyca uczcił to wydarzenie dłuższym wpisem na f-b oraz rymowanką rozpoczynającą się słowami:

Bał się Jarek igły,

ale już po wszystkim.

Kotek bił mu brawo

i nasrał do miski.

Pod wpływem pomysłu Jotki na zabawę w znajdowanie zupełnie nowych znaczeń poprzez zmianę szyku wyrazów, ułożyłem taką wersję wydarzeń opiewanych przez Skibę:

Bał się Jarek igły

i nasrał do miski.

Kotek bił mu brawo,

ale już po wszystkim.

Szczepienie dziadygi szczepieniem dziadygi, ale wszyscy zdajemy sobie (mam nadzieję) sprawę, że najistotniejszym wydarzeniem krajowej polityki jest demaskowanie przestępstw Dyzmy, bandyty i brudnej pały w jednym. Swoją drogą, jak to życie się plecie: Pewien pyskaty gnojek jednego dnia rzuca pod adresem nielubianego biznesmena (i wuja przy okazji) niewybredne epitety, zadufany w swą pozycję burmistrza Pcimia z ramienia PiS, następnego zostaje ogłoszony mężem opacznościowym kraju i prezesem jego największego koncernu paliwowego, a dziś gdy powiesz „brudna pała”, to myślisz tylko o nim i na nic się zdają tłumaczenia, że to o wujku miało być, a w ogóle to wszystko przez zespół Tourette’a. Zastanawia mnie tylko, jak długo sekta będzie łykać te historie, że niewiadomego pochodzenia nieruchomości warte dziesiątki milionów złotych, to nie wynik przestępczej działalności, tylko tego, że się o tym mówi, bo w tym sęk, że choć pospolici przestępcy zdarzają się wszędzie, to już narody stawiające im pomniki, już niekoniecznie. Dla wyznawców sekty żoliborsko-torńskiej, wyjaśnienie: poprzednie zdanie może być trudne, bo zawiera aluzję i metaforę.

Skoro już jesteśmy przy polityce, to wzruszył mnie inny prezes, niejaki Kurski Jacek. Bardzo go oburzył wynik głosowania esemesowego na Telekamery, więc czynem zademonstrował, co zrobić, by takie sytuacje nie miały miejsca w przyszłości. Reprezentanta Polski na Eurowizję wybrał sam z opłacanymi przez siebie (ale pieniędzmi podatnika) ludźmi w tajnym głosowaniu (o równie tajnej ordynacji). Został nim (co za zaskoczenie!), prezenter muzyczny TVP Kurwizja, Rafał Brzozowski. To jeszcze nie koniec, nastaw uszu, Polaku! Otóż zamiast za TWOJĄ KASĘ promować rodzimych twórców, piosenkę dla Brzozowskiego KUPIONO od SZWEDÓW. Jej autorami są Joakim Övrenius, Thomas Karlsson, Clara Rubensson i Johan Mauritzson. Znaleźć ją można na youtube wpisując tytuł (Ride) i nazwisko wykonawczyni (Clara Rubensson). Cóż…, praca dla TVP Kurwizja wymaga poświęceń, przede wszystkim traci się twarz, przyjaciół, nikt przyzwoity nie chce z kimś takim współpracować, niech chociaż kasa się zgadza, jak na prostytutkę przystało…, tu zacytuję Brudną Pałę: „do chuja trypla”!

KNŻ – Artyści.

Tyle na dziś polityki, bo u nas trochę się pozmieniało. Małżonka rozpoczęła pracę i od jakiegoś czasu wdraża się do zadań nauczycielki pomocniczej dla uczniów z problemami. Jak się domyślacie, raczej trudno tutaj zetknąć się z przełożonymi z Europy Wschodniej (w szczególności z Polski, Litwy, Łotwy, czy innej Rumunii), więc i robota pełna spokoju, uśmiechu i wzajemnego zrozumienia. Pomiędzy zaś pracą Świechny a moją, oddawaliśmy się naszej głównej przyjemności pandemicznej, czyli spacerom po plażach, klifach i „w tak pięknych okolicznościach przyrody… i niepowtarzalnych….”!

Tym to cytatem z Himilsbacha (a właściwie Sidorowskiego z pamiętnego „Rejsu” Marka Piwowskiego) przedłużyłem notkę, którą już, już zamierzałem kończyć, bo przypomniał mi on, że niedawno oglądaliśmy ze Świechną dwa filmy, w których pan Jan odegrał niebagatelną rolę. Mam tu na myśli „Wniebowziętych” Andrzeja Kondratiuka, gdzie był jednym z dwóch głównych bohaterów oraz „Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy” Jerzego Gruzy, gdzie był scenarzystą (we Wniebowziętych zresztą też współtworzył scenariusz). Zazwyczaj zwracałem uwagę na żartobliwie-ironiczny aspekt tych produkcji, jednak w ostatnią środę filmy te mnie przytłoczyły. Nie wiedzieć czemu, widziałem w nich całą mizerię PRL. Bohaterowie brzydcy, chodzący w tych samych ubraniach (zwracaliście może uwagę, że we Wniebowziętych panowie nie mieli nawet bielizny na zmianę?), znający jeden sposób rozrywki: napić się i „podrywać” kobiety w sposób tak żenujący, że chciałoby się to „odwidzieć” i „odsłyszeć”. W filmie Gruzy królowało gwizdanie i wycie podrywaczy, u Kondratiuka zaś na pierwszy plan wysuwała się gadka szarmanckiego żula – erudyty (panie pozwolą, że się przysiądziemy…, czego się panie napiją…, co panie robią, bo my to z kolegą latamy…, a gdzie panienki były, jak myśmy pukali z winem…, itp. itd.) i sam nie wiem, co wyglądało słabiej. Najgorsze jest to, że ja taki PRL pamiętam. W roku szkolnym żyłem w swojego rodzaju bańce ochronnej, bo rodzice inżynierowie, do tego głęboko wierzący abstynenci…., więc było życie w elitarnym, jak na owe czasy, miejskim osiedlu, była szkoła, sport, nauka…, ale gdy nastały wakacje…., ooooooj…, działo się, działo. Trafiałem wtedy do Polski ubranej w brudny podkoszulek i dziurawe skarpetki, gdzie co drugi facet cały dzień chodził pijany w drelichu roboczym, a gdy podrywał kobiety, to „hej malutka, pokaż brzuszek” było szczytem elokwencji, bo oczywiście gwizdy, orgazmiczne jęki i sapania starego capa były równie powszechne. A panie…, cóż…, dziewczyny często innych mężczyzn w ogóle na oczy nie widziały, bo taki był tatuś i wujkowie, taki był starszy brat, tacy byli bratowi koledzy, więc uśmiechały się zakłopotane, próbując wierzyć, że jest w tym jakiś pozytyw. Najbardziej zaś zdołowałem się, gdy sobie uświadomiłem, że nawet ludzie z tzw. „klasy inteligenckiej” mieli wtedy równie mały repertuar przyjemności: zastawić stolik wódą, zagrychą i się nachlać. Co z tego, że na stole zamiast czystej były wódki kolorowe, a zamiast popularnych, czy sportów, leżały caro lub carmeny, skoro był ten sam brak umiejętności spędzania czasu, nawet konwersacja leżała i kwiczała, wystarczyło tylko zamiast kolegi z pracy podsunąć obcą osobę o odmiennych zainteresowaniach i wracały sztywne, sztuczne dialogi rozluźniane dopiero przez wtłaczane do krwi promile, niestety nijak nie podnoszące poziomu dyskusji.

Zanim powstały złote obrączki, trzeba było się dokładnie obmierzyć.

Sami widzicie…., ulało mi się. Na zakończenie historyjka z happy endem: Kocham tę moją Świechnę i uwielbiam z nią chodzić wszędzie, gdzie tylko się da. Dzisiaj (patrzę na zegarek i właściwie to już wczoraj), mimo niepewnej i wietrznej pogody wybraliśmy się na plażę, tym razem do Annagassan. Charakteryzuje się ona niesamowitą ilością wyrzucanych na brzeg muszli, przeważnie drobnych, ale za to w ilościach przemysłowych. Po kilku minutach miłego spaceru poczułem, że nie mam na palcu obrączki. Nagłe spięcie w mózgu sprawiło, że przypomniałem sobie, jak ściągałem rękawiczkę , by zrobić kilka zdjęć. Byłem przekonany, że wtedy zsunęła mi się z palca. Z miejsca poczułem się jak straceniec, zaczęliśmy szukać, ale spróbujcie sobie wyobrazić taki mały kawałek złota pośród małych muszelek, kamyków i piasku. Beznadziejna sprawa. Pogoda się pogarszała, szedł deszcz, zbliżał się zmierzch, a potem przypływ. Z nosem na kwintę wracałem do naszej wsi, Świechna próbowała odwrócić moją uwagę, a pod domem zaproponowała, bym posiedział za kierownicą, to sprawdzi, czy nie ma zguby w środku, a jeśli nie będzie, to wrócimy na dalsze poszukiwania. Wzięła ode mnie klucz, zniknęła za drzwiami i po chwili wróciła, trzymając w dłoni uniesiony tryumfalnie złoty przedmiot. Moja skleroza szczęśliwie okazała się silniejsza od niefrasobliwego operowania dłońmi z obrączką na palcu, tym razem jej po prostu nie nałożyłem. Zeszło ze mnie napięcie, ale czuję się, jakbym wrócił z pracy w kamieniołomach. I to by było na tyle.

063. Gdyby to chociaż było arcydzieło….

Dziś Walentynki. Niby temat powinien być oczywisty, ale pogoda wdmuchmnęła mi wiatrem wiejącym ze średnią prędkością 60 km/h coś innego. Bo sami rozumiecie, gdy za oknem tak, że zwykłe wyrzucanie śmieci zyskuje rangę czynu heroicznego, to Wasz nieprzesadnie lubujący się w takich aktach bezsensownej bohaterszczyzny obserwator rzeczy ulotnych i dziwnych (kto pamięta, jaka znana postać się tak przedstawiała w audycjach radiowych Rozgłośni Harcerskiej?), raczej szuka sposobów na zagnieżdżenie się w ciepłym miejscu w celu obejrzenia ciekawego materiału filmowego. Najpierw sprawdziłem, czy wszystko, co mi do tego potrzebne, zostało zrobione, zatem kot nakarmiony, żona siadła obok, ciepła herbatka z miodem zagrzała nasze ręce i ruszyliśmy z seansami. Zacznę od najbardziej bulwersującego.

Oglądaliście kiedyś dokument „Defilada” (Andrzej Fidyk, 1989)? Powstał on tak, że autor filmował dokładnie to, co przedstawiciele reżimu północnokoreańskiego chcieli, by filmował. Powstało gówno, jakich było wiele w jedynie słusznej telewizji kraju Kim Ir Sena (tamten dyktator zmarł dopiero w 1994 roku), przeszło wszystkie szczeble cenzury i władze kolegialnie uznały, że we WŁAŚCIWY SPOSÓB UKAZANE ZOSTAŁO ŻYCIE w KRLD. Tymczasem, gdy film został ukazany WIDOWNI W WOLNYCH KRAJACH, został okrzyknięty dokumentem demaskującym całą nędzę życia społeczeństwa znajdującego się pod władzą tyrana. Wazelina płynąca z ust filmowanych Koreańczyków i czopkowanie władzom, wolnym ludziom nie pozostawiało złudzeń, że jest to efekt strachu, prania mózgów i dewiacji ustrojowej. Polski reżyser oddał pełną kontrolę nad dokumentem przedstawicielom reżimu, bo zdał sobie sprawę, że nic go tak nie obnaży, jak ten właśnie zabieg. Nie o tym filmie jednak chcę Wam opowiedzieć, a o podobnym propagandowym łajnie, robionym przez TVP Kurwizja rękami partyjnej kolubryny, niejakiej Magdaleny Piejko związanej z Gazetą Polską, Niezależną, TV Republika. Film miał premierę w roku 2019.

Fisz, Emade, Tworzywo – Mój kraj znika.

Zestawiam te dwa filmy z prostego powodu: W obu produkcjach cenzura była zachwycona, być może wyznawcy partii również, jednak gdy je obejrzy WOLNY WIDZ, to dokumenty ośmieszają to, co miały promować. W wypadku „WracaMy?”, już dobór bohaterów piejących zachwyty nad nową polską władzą rozwala system. Widz chyba z żadnym z nich nie chciałby sie zamienić na miejsca, natomiast sentencje jakie głoszą, że niby Polska jest takim tolerancyjnym krajem, w czystej formie pokazane zachodniej publicznośći, dowodziłyby polskiej ksenofobii, rasizmu i homofobii. Chyba zaś najlepszym dowodem na to, że coś jest z tym filmem nie tak, jest pominięcie nazwisk bohaterów w napisach końcowych. Zresztą umówmy się: cóż to za dokument o emigracji, nie pokazujący czym bohaterowie się zajmują (nie dowiedziałem się tego o żadnym z nich), a większość bohaterów widzimy na ulicy lub w pubie, więc nie wiemy nawet jak mieszkają. Jeżeli ktoś z Was ma ochotę, obejrzyjcie, my wytrzymaliśmy, choć później długo zastanawialiśmy się, gdzie oni tych ludzi wyszukali. Jest takie słynne arcydzieło propagandy, „Triumf woli” (1934, Leni Riefenstahl, Niemcy). Tym się różni od PiSowskiej propagandówki, że pokazuje ludzi sukcesu, sportowców, wzorce do naśladowania. Widz Kurwizji nie odnajdzie zaś w jej dokumencie superbohatera, którego mógłby naśladować, żeby być takim jak on.

Dezerter – Mój kraj.

Tak się złożyło, że następnego dnia obejrzeliśmy „Jak daleko stąd, jak blisko” (Konwicki, 1971) i miałem wrażenie, że bohaterowie tego filmu zahibernowali, by wziąć udział we „WracaMy?”. Porażający obraz ludzi, którzy nie bardzo wiedzą, co robić z życiem, ciskają się między pracą dla pracy a alkoholem, gdzieś tam z tyłu głowy mający nierealny ideał życia, robiący wszystko, by niczego nie zmieniać. Tragiczny obraz społeczeństwa, które nie wie, co mu sprawia radość i czego właściwie chce. Z tym, że bohaterowie Konwickiego są społeczeństwem odbitym w krzywym zwierciadle, natomiast dokument Kurwizji wybrał same oryginalne okazy.

A tu pominięci w filmie emigranci obnoszący się na swoich blogach brakiem sympatii do rządu PiS.

Swoje przemyślenia na temat trzylecia pobytu na emigracji Świechna przedstawiła u siebie (kliknij tu, chcąc je przeczytać), a ja…. Już tak się zrosłem z Zieloną Wyspą, że stała się moją. Ciągle ją poznaję przemierzając wzdłuż, wszerz i wzwyż, a od trzech lat robię to ze Świechną. Mam wrażenie, że Walentynki mamy codziennie. Tęsknota za Ojczyzną? Mam wielki sentyment do kilku miejsc w Polsce, może nawet większy, niż bohaterowie PiSowskiej propagandówki, ale podobnym sentymentem darzę również kilka miejsc w Irlandii, co jest o tyle łatwe, że mam z nią związane bardzo miłe wspomnienia. A teraz, gdy mam przy sobie Świechnę, w ogóle nie czuję potrzeby radykalnych zmian. Robimy to, co lubimy, stać nas na spokojne, bezstresowe życie i coraz nowe doznania, właściwie jeśli chodzi o braki, to odczuwamy jedynie potrzebę większego mieszkania, a to z całą pewnością będzie nam łatwiej zaspokoić w Irlandii, niż w Polsce. Co ciekawe, gotów jestem się założyć, że kontakt z Ojczyzną i tak mamy o niebo lepszy od „genetycznych patriotów” deklarujących miłość do kraju przodków. Nawet podróż poślubną odbyliśmy po Polsce (dokładnie, to po Ścianie Wschodniej), a jak widać z zawartości naszych blogów, z literaturą, filmem, czy sztuką Rzeczpospolitej także łączą nas ścisłe więzi. Możliwe, że kiedyś wrócimy, choć równie prawdopodobne jest, że przeniesiemy się w ciepłe kraje. Razem z pewnością będzie nam dobrze i wybierzemy to, co nas bardziej kręci.

062. A jak poszedł król na wojnę.

Zanim przejdę do komentowania spraw szerzej znanych, trochę prywaty. Luty to dla mnie od wielu lat zwyczajowa pora kontroli onkologicznej. W tym roku po raz pierwszy przeprowadzanej w warunkach pandemii. Ponieważ moją osobistą wojnę z rakiem traktuję poważnie, bardzo zirytował mnie fakt, że personel obsługi tomografu nie był w stanie założyć mi wenflonu odpowiedniego do podania kontrastu i zrobiono mi badanie bez niego. Oczywiście najpierw mnie nieudolnie skłuli (z moim doświadczeniem pacjenta onkologicznego, potrafię odróżnić wprawną rękę od niepewnej), potem próbowali ściągnąć lekarza, ale najwidoczniej komuś było to nie na rękę. Nawet to rozumiem, bo obowiązują covidowe procedury, potrafię też sobie wyobrazić sytuację niedoboru personelu spowodowaną kwarantanną. W każdym razie stwierdzili, że mają tyle moich zdjęć tomograficznych, że nawet bez kontrastu potrafią drogą porównania ocenić, czy pojawiło się coś nowego. Może i potrafią, ale nie jestem pewien, czy im się będzie chciało robić takie porównania. W każdym razie nie podoba mi się to.

Skoro już narzekam, to jeszcze kilka słów o pogodzie. Noż @#$%^&*??!!!! Chociaż od dwóch dni widać poprawę, więc może z irlandzką wiosną idzie na lepsze. Oby, bo martwię się o naszego kota Ryszarda, który z powodu aury nie może się wyspacerować, a w dodatku zafundowałem mu zasmrodzenie mieszkania oparami chlorowodoru, zwierzak chciał ten zapach zlizać z podłogi przy drzwiach łazienki (stamtąd się wydobywał), zamaskować swoim zapachem tarzając się w tym miejscu, nie chciałbym, by sobie biedy napytał.

Przechodząc do części publicystycznej, postanowiłem dziś poruszyć sprawy związane z Siłami Zbrojnymi RP. Pandemia i strajk kobiet odwróciły uwagę od czegoś, co i tak nigdy nie było w centrum zainteresowań ogółu, czyli od OBRONNOŚCI. Jak podaje portal „Interia”, wojskowe ćwiczenia „Zima-20” zakończyły się blamażem i całkowitą klęską. W symulowanej wojnie, w której uwzględniono nawet sprzęt, którym Polska jeszcze nie dysponuje (nie mówiąc już o tym, że nie potrafi nim się posługiwać, nie zna ani taktyki, ani strategii jego użycia), ponieśliśmy całkowitą porażkę w pięć dni, a siły pierwszego rzutu doznały strat rzędu 60-80% stanu osobowego, znaczy się młodzi Polacy, nadzieja i przyszłość narodu zamienieni zostali w całkiem nieżywe i nienadające się do użycia ścierwo. Nie pomogły F-35 i rakiety „Patriot”, których w rzeczywistości nie posiadamy, ani wsparcie NATO, którego nie wiadomo, czy możemy się spodziewać (wszak nasz rząd zajmuje się nieustannym lżeniem Unii Europejskiej, która ma nam pomóc w pierwszym rzucie). Najlepsze było jednak to, jaką konsternację w NATO wzbudzało zachowanie się naszego dowództwa. Po czystkach Macierewicza pozostali w nim dobrozmienni niekumaci nominaci, którzy odmawiali wykonywania rozkazów, bo ich nie rozumieli (cokolwiek to znaczy). Źródła donoszą, że do klęski walnie przyczyniła się zaciekła obrona wysuniętego na wschodnią flankę wojska, które dzięki temu „bohaterstwu” zostało okrążone i rozbite.

Skoro już jesteśmy przy spadku po Macierewiczu, inny portal, mianowicie „Onet” doniósł, że karabinki „Grot” zakontraktowane poza procedurami przez pana Antoniego na kwotę ponad 500 milionów złotych polskich rdzewieją, przegrzewają się, zapiaszczone ulegają zacięciu, kolby pękają przy uderzeniu, podobnie jak magazynki, a niektóre usterki uniemożliwiają strzelanie. Jak to dobrze, że oprócz karabinków, były już szef MON zakontraktował również zwiększoną liczbę kapelanów wojskowych. Nie martwcie się matki Polki, mięso waszych synów będzie fachowo i po przystępnej cenie pochowane, omodlone, chyba doskonale rozumiecie, że po to ich rodziłyście, wykarmiłyście, wychowałyście!

Sława Przybylska – A jak poszedł król na wojnę (Maria Konopnicka).

Jeszcze w czasach paranoi smoleńskiej spekulowałem, że Macierewicz może być zwykłym kretem Moskwy, o czym świadczy metodyczny sabotaż Armii Polskiej dokonywany przez tego polityka, począwszy od ujawnienia informatorów polskiego wywiadu wojskowego, a skończywszy na rozbrojeniu armii i obciążeniu budżetu stałymi wydatkami nie podnoszącymi możliwości obronnych. Nawet mógłbym się pokusić o powód. Zważywszy na słabość tego arcykatolickiego i arcynacjonalistycznego polityka do młodych chłopców w typie klasowego kujona-pierdoły, byłoby go czym szantażować, a jego bliski związek z kościołem mógł skutecznie uniemożliwić prześwietlenie przez polskie służby (wszak kto by się odważył sprawdzać ludzi wskazanych przez Wojtyłę).

Maria Peszek – Sorry Polsko.

Jeśli chodzi o mnie, to na moje poświęcenie nie liczcie. Sorry Polsko, mam dobre papiery, tytanową rurkę w kręgosłupie i brak chęci nadstawiania głowy za Kaczyńskiego, Ziobrę, Rydzyka, Kukiza, Bosaka i resztę tego cyrku. Jeśli chodzi o mój pomysł na obronę, to przesunięcie na wschodnią flankę wymienionych przeze mnie polityków, uzbrojenie ich w narodowe dzidy bojowe i zajęcie się swoimi sprawami. Mam Żonę, mam kota, sami rozumiecie, że nie mam czasu biegać w tę i we w tę z bezużytecznym karabinem.