081. Jeżeli coś wygląda jak goła dupa…

Podczas naszego pobytu w Polsce zdarzało nam się obejrzeć to i owo w telewizji, a tam trochę, jak w bajeczce pana Brzechwy „Na straganie”. Niewolnica Paczuska w płomiennych słowach zaatakowała Mariannę Schreiber, małżonkę ministra w rządzie PiS, Łukasza Schreibera za udział w „Top model”, cholera wie czemu uznając, że winna pytać małżonka o opinię w sprawie własnej kariery, że tak zacytuję: „Dość tej zabawy! Kobieta, która tak nikczemnymi metodami ośmiesza swojego męża jest godna pogardy i MILCZENIA (widocznie dlatego o niej mówi – komentarz mój). I nieważne, czy mąż jest hydraulikiem, czy politykiem. Za te wygłupy najciężej płacić będzie dziecko. Dlatego dość!” Niewolnik Duda zaś po raz kolejny z mównicy napinał się, czerwieniał i puszczał bańki nosem, próbując nastraszyć swym jakże groźnym wyglądem opozycję krytykującą działania rządowe w kryzysie granicznym. Podobno małe psy najgłośniej szczekają. Oddajmy głos poecie:

(…) A kapusta rzecze smutnie,

moi drodzy, po co kłótnie,

po co wasze swary głupie,

wnet i tak zginiemy w dupie zupie.

A to feler!

Westchnął seler”.

Hitem dzisiejszego dnia stała się goła dupa prokuratora – ekspresowo nominowanego przez Ziobrę po zamachu stanu podłej zmiany. Chwiejny, czy też raczej nawalony jak stodoła 38-latek ze Świdnicy polazł nago po zakupy, zdjęcie golasa sugeruje, że monopolowe, ale kto go tam wie… Znając TVP kurwizję, oficjalna wersja może mówić o pragnieniu zakupu leków dla chorej matki. W końcu mógł się tak spieszyć, że się zapomniał ubrać, a działał w sytuacji wyższej konieczności. Z prasy dowiedzieliśmy się, że prokuratorowi grozi dyscyplinarka. Przedyskutowaliśmy w domu sprawę i doszliśmy do wniosku, że to zbyteczne. Są paragrafy na ekshibicjonizm, można skazać gołodupca i dyscyplinarka będzie zbędna, gdyż skazany prawomocnym wyrokiem nie może pracować jako prokurator, chyba że dupa Duda go ułaskawi.

Zdjęcie z portalu swidnica24.pl

Wróciliśmy do domu. Kot Ryszard wygląda, jakby nam przebaczył, choć wiemy skądinąd, że intensywnie czynił podchody do naszych sąsiadów…, tu wyprosił coś do jedzenia, tam wszedł komuś do sypialni…. Ma chłopak pewność siebie. Cóż się dziwić, skoro Ethan, ukochany wnuk naszych sąsiadów traktuje go jak człowieka i rozmawiając przez telefon z dziadkiem prosi o kilka słów do kota, przykładając słuchawkę do ucha Ryszarda.

Wleń – Pałac Lenno.

Ogarnęła nas nostalgia. Nie chciało się nam wracać z urlopu, wiemy że Rodzice i Babcia mocno tęsknią, ale trzeba nam wracać do domu. Polska staje się dla nas coraz mniej atrakcyjna do zamieszkania i pracy, a coraz bardziej do zwiedzania z perspektywy turystów.

080. O urwał! Jestem w Polsce! Obrazki wybrane.

„Rosja to stan umysłu”, głosi powszechnie małpowany slogan dotyczący nietypowych zachowań, wystarczająco często spotykanych w tym kraju, by powstał stereotyp. A ja kilka dni temu wylądowałem w Polsce i odnoszę nieodparte wrażenie, że Polacy chcą udowodnić, że co tam Rosja…!!! Polska, urwał!!!

Wleń, widok z pałacu Lenno.

Lotnisko we Wrocławiu. Działa tylko jeden parkomat i tylko jeden jest oficjalnie wyłączony (znaczy się, jest informacja, że nie działa). Pozostałe działają teoretycznie, ich słodka tajemnica niepełnosprawności wychodzi na jaw dopiero po kilku minutach prób. Ale nie to mnie wzrusza, awarie się zdarzają! Stoję przy parkomacie z biletem w ręku, szukając wzrokiem miejsca, w którym mógłbym dokonać jego sprawdzenia i opłacenia. Nagle widzę przed nosem męską rękę, która pcha swój bilet w jakąś szparę przed moim nosem, a ja mam wrażenie, że za chwilę nastąpi atak ciałem w walce o pozycję przed otworem biletowym. Jestem zdumiony, zatkało mnie, odruchowo się odsuwam. W kraju, z którego przylatuję, takim ludziom się ustępuje, bo prawdopodobnie mają ostry autyzm, zespół Downa lub inne schorzenie, które utrudnia im kontakty społeczne. Polak tego mieć nie musi. Z pewnością ma świetne uzasadnienie na swoje zachowanie. Mógł się „wyjątkowo” spieszyć, a ja stać jak ta pipa przecież.

Wleń – Widok z pałacu Lenno.

Siadam za kierownicą. Przede mną polskie drogi. Nie, nie zanudzę Was historiami o ilości husarii walczącej z czasem (sami wiecie, że Polacy częściej, niż przedstawiciele innych nacji mylą samochód z wehikułem czasu i zamiast ruszyć dupsko odpowiednio wcześnie, próbują nadrobić spóźnienie po drodze, a Polki pod tym względem panom ostatnio wcale nie ustępują – statystycznie rzecz jasna). Dojeżdżam drogą podporządkowaną do skrzyżowania. Po prawej stłuczka, która ogranicza moją widoczność. Drogą główną da się w tym miejscu jechać 100 km/h bez ryzyka wypadnięcia z trasy, a to znaczy, że jak się da, to ktoś to zrobi mimo ograniczenia i dwóch dobrze eksponowanych uszkodzonych samochodów. Delikatnie podjeżdżam próbując dostrzec, czy nic się nie zbliża. Za mną kierowca autobusu zaczyna trąbić (panu chyba się zdaje, że w ten sposób coś przyspieszy). Nie zaryzykuję wpakowania siebie i Świechny pod pędzący pojazd jedynie dlatego, że jakiś Janusz trąbi. Zdaję sobie jednak sprawę, że młody, badź niezbyt często jeżdżący kierowca pod taką presją potrafiłby to zrobić.

Siedlęcin, kładka nad Jeziorem Modrym pod Perłą Zachodu.

Wchodzimy do galerii. Taśmą odgrodzona jest ścieżka dla tych, którzy w kolejce czekają na wpuszczenie do sklepu (limity covidowe), czekamy spokojnie na swoim miejscu, gdy nagle przez taśmę przeskakuje jakiś mężczyzna, stając jak gdyby nigdy nic przed nosem naszym i jeszcze dwóch kobiet, które były tuż przed nami. Pamiętacie scenę z „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”?

– Pan tu nie stał!

Panie, wsiądzie pan w 125, dojedzie pan na Plac Zamkowy, tam jest kolumna Zygmunta Trzeciego. Pójdzie pan i powie mu: Pan tu nie stał!

Siedlęcin, wieża rycerska.

Poczekalnia u dentysty. Bardzo uprzejma recepcjonistka przyjmuje nasze dane i wskazuje wygodne miejsca, gdzie możemy spocząć. Z gabinetu wychodzi starsza pani, grzecznie pozdrawia nas na do widzenia, obsługa dezynfekuje fotel dentystyczny, byśmy mogli skorzystać z ich usługi. Mija minuta, gdy z ulicy wchodzi z hukiem jakiś typ, na oko skrzyżowanie straganowego sprzedawcy buraków, cinkciarza i miłośnika osiedlowej siłowni. Bez słowa wprowadzenia drze się na dziewczynę z recepcji, że on specjalnie zwalnia się z pracy. Dalsza część jego wypowiedzi świadczy o tym, że to on przywiózł starszą panią, ale stan jego umysłu nie pozwala zrozumieć procedury finansowania zabiegu przez NFZ. On „myślał” (właściwie, to przestrzeń między uszami mu się zjonizowała), że pacjentka będzie od razu leczona, a tu się okazuje, że trzeba wysłać dokumenty do NFZ i czekać na odpowiedź. Procedura nie zależy od nikogo z przychodni, ale to na jej pracownikach pan wyładował frustracje. Poinformowany o kolei rzeczy wychodzi. „PRZEPRASZAM” nie przechodzi mu przez gardło, ale to już nie robi na mnie wrażenia. Dziwnym by było, gdybym się tego po nim spodziewał.

Most kolejowy nad odnogą jeziora Pilchowickiego.

Dolny Śląsk jest piękny, mnie zachwycają szczególnie Sudety i całe Pogórze Sudeckie (bez wyróżniania pomniejszych pasm). Zamki, pałace, przepiękna architektura poniemieckich domów. Zwiedzamy szczęśliwi, rozmawiamy podnieceni o tutejszych cudach: Świechna, Tatko Świechny i ja. Wokół ludzie z takimi wyrazami twarzy, jakby im coś śmierdziało i od ich wysiłku umysłowego zależało, czy przestanie. Nawet kelnerki są tu spięte, niczym szeregowiec obsługujący w kantynie generała. To nie jest w Europie powszechne, kto nie był, musi mi uwierzyć na słowo. W Grajdołkowie jest jak ma być, myśmy Francuza jeść widelcem uczyli!

Wleń, budynek stacji kolejowej na nieczynnej linii kolejowej doliny Bobru.

Wszystko się zmienia. Miejsca, które zostawiłem w 2004 już nie są takie same, tym bardziej ludzie. Nawet alkoholicy spod sklepu w moim ukochanym miasteczku, zdawać by się mogło, że najbardziej stagnacją ogarnięta część społeczeństwa, rotują. Oprócz Cwenia i Garnka, którzy w minionym roku zeszli z tego świata nie wytrzeźwiawszy, brakuje Czubka, który już nie podnosi się z łóżka – z tego samego powodu wygląda ponoć jak schorowany osiemdziesięciolatek. Żaden z nich nie przekroczył pięćdziesiątki. Za dzieciaka grywałem z nimi w gałę. Pod sklepem biegają teraz jakieś monstra, skrzyżowanie dzieła dra Frankensteina z kloszardem – i to takim z lat Wielkiego Kryzysu, obdarci do granic możliwości, szurający resztkami obuwia, szaleństwo mają wypisane na twarzach, mówią do siebie wykrzyknikami i cytując Iana Andersona (Jethro Tull) „spędzają czas w jedyny znany sobie sposób”.

Jethro Tull – Aqualung.

Rozmawiam trochę z ciocią R. o pogrzebach znajomych. Tych, co przez alkohol, tych co przez covid i inne choroby oraz tych, co ze starości. W ciągu 10 minut opowieści, słyszę dwie o kłótniach rodzinnych o miejsce na kwaterze. Ktoś nie godzi się, by ktoś z rodziny leżał w tym samym grobie, co dotychczasowi zmarli z rodziny. „A co Oleńka, a co….?!”, że tak pojadę Kmicicem. Najwidoczniej tych kilka chwil poczucia władzy i kontroli kompensuje dożywotni gniew i urazy rodzinne. Nawet, jeśli przez to wkrótce nie będzie komu opiekować się spornym grobem, bo przegonieni członkowie rodziny będą leżeć na innym cmentarzu, nowe groby będą zaopiekowane, a stare odejdą w zapomnienie.

Wleń, kamienica w południowo-zachodnim narożniku rynku.

Poznajemy nową partnerkę kuzyna, daje się łatwo polubić. Jest miło, zwłaszcza, że wszyscy zajadamy się przepysznymi daniami spod ręki mojego kolegi, wyśmienitego szefa kuchni zatrudnionego do poprawienia działania pewnej restauracji w Świeradowie. Dowiadujemy się, że moja cioteczna bratanica zafascynowała się czytelnictwem. Jesteśmy pozytywnie zaskoczeni tym, jak poważne lektury ma już na swoim koncie. W czasach wszechobecnej propagandy i wojny polsko-polskiej, dobra książka jest w stanie uświadomić, że mało jest rzeczy czarno-białych, jak to próbują wmówić politycy, a etyka nie ma nic wspólnego z zarozumiałą religią udającą, że zna wszystkie odpowiedzi na dylematy moralne. Cieszę się, Świechna również, bo naszej nastolatce przyszło się wcześnie zderzyć z problemami, z którymi dziecko mierzyć się nie powinno. Po okresie ślepego buntu wydaje się, że wkroczyła na drogę konstruktywnego radzenia sobie z zastaną rzeczywistością. Dostała się do najlepszego liceum w regionie i chyba wybrała ścieżkę zgodną z zainteresowaniami.

Wleń, kamienice północnej ściany rynku.

Trzeba pożegnać moją rodzinę. Wracamy w strony Świechny. Ze Świeradowa do Szklarskiej z postojem na punkcie widokowym znanym jako „Zakręt śmierci”. Potem Jelenia. Wkrótce wjadę na wygodne drogi, ale jeszcze nie teraz. Kieruję się na Bolków i mam wrażenie, jakbym poruszał się w jakimś koszmarnym śnie. Do autostrady mam z Zabobrza jakieś 30 km jednopasmowej, krętej drogi krajowej, niby niewiele, ale obserwowane we wstecznym lusterku decyzje kierowców przyprawiają mnie o skok adrenaliny. Każda redukcja mojej prędkości w terenie zabudowanym, spotyka się z jakimś groteskowym rytuałem wyprzedzania mnie przez stado kretynów, które nie da sobie wmówić, że nie powinno się ani wykonywać tego manewru na zakrętach, ani też przekraczać dozwolonej prędkości. Kilka razy jestem wręcz spychany z toru jazdy.

Bóbr, zapora pilchowicka, najwyższa kamienna i łukowa zapora w Polsce i druga co do wysokości wśród wszystkich typów.

Pisałem, że do autostrady miałem 30 kilometrów? Ujechaliśmy 25, gdy zobaczyłem dwóch dawców narządów, którzy pięć minut wcześniej wyprzedzali mnie w charakterystycznych, żółtych kamizelkach odblaskowych z napisem „Polska”. Zawrócili swoje jednoślady i pognali w przeciwnym kierunku. Za nimi sznur samochodów. Co drugi kierowca pokazuje nam na migi, byśmy zawracali. Wypadek! W domu przeczytałem o czołowym zderzeniu w Jeżowie pod Bolkowem (kliknij tu, by obejrzeć). Siedem osób poszkodowanych, w tym dwoje dzieci. Samochody skasowane. Jeden fiut narobił kłopotu tylu ludziom: poszkodowanym, ratownikom, policjantom, lekarzom, rehabilitantom, opiekunom, rodzinom które poniosą koszty szaleńczej jazdy. W drodze do Wrocławia i z powrotem w dolinę Bobru minęliśmy jeszcze dwa korki spowodowane wypadkami, już na autostradzie, która nosi tę nazwę nieuprawnienie ze względu na brak pasa awaryjnego, zbyt krótkie pasy włączenia do ruchu i fakt, że w najbliższej perspektywie nikt nie zamierza tego zmieniać.

Wleń, ratusz i pomnik gołębiarki.

To nie jest norma europejska. To, co na Zachodzie jest sporadyczne, na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej jest często spotykanym standardem. Stres, agresja, niebezpieczne zachowania…. Nikt nie jest od nich wolny, ale znaj proporcjum, mocium panie! Można tak, a można inaczej! Nie mówię tylko o drogach, to tylko wycinek życia.

Wleń, pałac Lenno, alejka grabowa.

Dość jednak tych zmyłek. Wakacje w Polsce uważam za bardzo udane. Sami wybieramy miejsca i ludzi, z którymi chcemy spędzić czas, jesteśmy, gdzie chcemy być. Cieszymy się walorami turystycznymi Ojczyzny i jest nam dobrze, a po wakacjach wracamy do Irlandii. Świechna ogląda regularnie filmy youtuberki imieniem Gosia, która po kilku miesiącach próby zadomowienia się w Polsce wróciła do Szkocji stwierdzając, że tam jest jest miejsce. Mógłbym się pod tymi słowami podpisać: Na tę chwilę, moim miejscem jest Irlandia. Dzisiejsza Polska nie spełnia kryteriów mojej wizji domu. Dzicz stanowi tak duży odsetek społeczeństwa, że była w stanie wybrać do władzy szamańskich posługaczy, zwykłą żulię i przekupy o programie dającym streścić się słowami „będzie tak, bo tak powiedziałem i fuj”!

Wleń, widok z góry cmentarnej.

To wszystko jest bardzo ciekawe – z punktu widzenia obserwatora i turysty oczywiście. Chciałbym móc o sobie powiedzieć, że jestem dobrym obserwatorem, ale tak jest tylko czasami. Weźmy dzisiejszy dzień. Najpierw Wrocław i dentysta, a potem trochę przyjemności. Obiad ze Świechną, kawa, lody domowej roboty, napoleonka (wolę nie nazywać jej kremówką, źle mi się kojarzy), miła wybrała ciastko kokosowe, spacer po terenach uzdrowiskowych, no i sanktuarium św. Jadwigi Śląskiej (właściwie Hedwig von Andechs).

Trzebnica, sarkofag Jadwigi Śląskiej.

Wchodzimy do barokowego wnętrza przebudowanego z gotyku, podziwiamy liczne i bogate zdobienia, obrazy i rzeźby, grobowiec z figurą niepodobnej do siebie świętej denatki (troszkę zbyt pulchna im wyszła, jak większość barokowych podobizn, za to nie tak szpetna, jak podobno była). Odnajdujemy kilka śladów gotyku, jednak barok zdecydowanie dominuje. I nagle odkrywam, że znikła kiczowata podobizna Wojtyły, która podczas naszej poprzedniej wizyty szpeciła ścianę w pobliżu grobowca Hedwig. Syf to był nieziemski: papież…, ten papież… Naturalnej wielkości, wysmarowany na płótnie w stylu „przemaluj podobiznę z fotografii”, tak dobrze znanym z odpustowych obrazków, pasujący tak do baroku, jak i do gotyku niczym białe skarpety frotte do czarnego garnituru od Lagerfelda. To jakiś cud. Ktoś ściągnął Karola… i to ze ściany bazyliki. Ciekawe co robią z pomnikami…???

A jest to miejsce niebywałe, sami odczytajcie ten niezbity dowód…

…i jego ilustrację. Jak widać na zdjęciu, Jezus miał prawą rękę wolną. Nie jestem pewien, czy to ma sugerować, że trzymał się nią krzyża, ale obraz mnie zainspirował. Miłych przemyśleń!

Nowe wyzwanie Matki Kurki.

-Co to jest?

-Kandydatka na konkurs piękności!

-Pytam, co ona ma na sobie?!

-To orzeł w koronie, panie reżyserze.

-A czego on gdacze?

-Mam taką koncepcję: Prapolska kura zamiast orła na piersi Matki Kurki, to nasza kura. Ona odpowiada żywotnym potrzebom społeczeństwa! To kura na miarę naszych możliwości! Ty wiesz, co my robimy tą kurą? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – To nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo. Już pan Józek – hodowca kurczaków się o to postara. Pracownia Christiana Paula ma coraz to nowe pomysły. I tak nas nie zamkną! Pieniądze na psychiatrię poszły na dofinansowanie TVP oraz nowe pomysły kulinarne Trybunału Kucharskiego (TK)! A po zużyciu zrobi się bulion i protokół spożycia! I to jest słuszna koncepcja!

Dama z kurczakiem – alter ego Matki Kurki na konkursie Miss Supranational 2021.
Limo – Symbole narodowe.

Wspólny projekt pana Józka – hodowcy kurczaków oraz słynnego projektanta z Ameryki i TVP Kurwizja, Christiana Paula. Jak mówi przysłowie: Na pochyłym drzewie każda kura gdacze!

Zespół reprezentacyjny (Lluis LLach cover) – Kura.

Czy dla genetycznych patridiotów istnieje granica obciachu wystarczająco zbliżona do planety Ziemia, bym jej nie pomylił z nieskończonością? Zrozumcie! Mam swoje lata i zdążyłem się przyzwyczaić, że dwie proste równoległe nie mają punktów wspólnych w przestrzeni ograniczonej, a tu zdaje się, że komuś krzyżują się one, rzekłbym, rutynowo. Opuśćmy spodnie i uczcijmy ten fakt minutą ciszy!

079. Frustracje.

Nie lubię poczucia bezsilności. Czy to drobiazg, czy duża rzecz. Właściwie drobiazgi są ważniejsze, bo dotyczą mnie bezpośrednio. Rzeczy wielkie, są tak wielkie, że aż się ich istota rozmywa. Weźmy taką Polskę. Ma tyle wątków, że można się zgubić, a chodzi przecież o to, czy jest wolnym krajem. Sejm sobie przeprowadza głosowania ustaw, chłoptasie od Kukiza głosują inaczej niż rząd. W najważniejszej ustawie dnia również. Niejaka Witek Elżbieta, funkcjonariusz partyjna, popełnia przed kamerami przestępstwo, olewając wynik głosowania i zarządzając nieregulaminowo długą przerwę. Partia wysyła do głosujących „nie tak jak trzeba” chłoptasiów Pawełka kij i marchewkę, a ten kuli uszy po sobie i po wznowieniu obrad głosuje już zgodnie z wolą pana. Prezesa pana. Najpierw za powtórzeniem głosowania, potem przeciw wolności słowa. Bo „się pomylił”. On i jeszcze jeden.

– Tak wiele razy?!

– Tak, tak! Tak wiele razy!

Paweł Kukiz ma co najmniej kilka słabych punktów. Lubi narkotyki, na swoje nieszczęście również te nielegalne. Wykonywał też wolny zawód, który musiał sam rozliczać z fiskusem. Dorobił się niemałego majątku i nie wiem, czy wykazał to w formularzach podatkowych. Służby wiedzą. Podobnie jak wiedzą o skłonnościach do narkotyków. Przesłanki są, można zacząć węszyć, a jeśli trop będzie dobry, szantażować. Dla lepszego efektu można na drugiej szalce położyć marchewkę. Paweł Kukiz śpiewał na festiwalu w Jarocinie A.D.1982 „wciąż bądź sobą”. I zdaje się, że on taki właśnie jest: Tchórzliwy krzykacz, wieczny gówniarz, mocny w gębie, ale wystarczy dać mu prztyka w ucho i ma pełno w gaciach. „Mam czyste sumienie”, mówi piosenkarz, którego już nikt z dawnych fanów nie będzie chciał słuchać, a ja twierdzę, że ma kupę w majtach. I że to jest właśnie prawdziwy on.

Mirosław Czyżykiewicz (Jaromir Nohavica cover) – Myszka Miki.

Po głosowaniu przez kraj przetoczyła się fala komentarzy. Koledzy muzyka wylewają gorycz, bo się poczuli prywatnie dotknięci, bo mu kiedyś podawali rękę, wspierali go i nierzadko bronili, razem żartowali, razem się smucili, opowiadali o prywatnych porażkach i problemach. W jeszcze wolnych mediach ktoś patetycznie napisał, że historia go osądzi. Coście się tak wszyscy historii czepili, mamy tu i teraz, a Pawełek powinien zebrać, co zasiał. Trudno…, spośród tych, z którymi chciałby przebywać, nikt mu już ręki nie poda, wlazł w miejsce Gowina i czeka na komendy oraz kość, może pogadać z parasolowym Brudzińskim o sposobach osłaniania prezesa od deszczu i wiatru oraz z kuwetowym Błaszczakiem o antysystemowej wymianie żwirku. Warto było, Pawełku? Pamiętasz kim byłeś 10 lat temu, a kim jesteś teraz? W filmach byłby to ten moment, gdy główny bohater strzela sobie w łeb, chyba że jest to film Woody’ego Allena, gdzie bohater mówi: „Na razie prokuratura mnie nie ściga, a stan konta rośnie.” Sumienie może poczekać, mówić „Nie przejmuj się, jestem czyste, nic się nie martw, pomogę ci”. I tylko na ulicę trzeba będzie wychodzić w kapturze naciągniętym na czoło, bo gdy piosenkarz zostanie rozpoznany, zdąży powiedzieć „o kurwa”, a sumienie „o ja pierdolę” i trzeba będzie zmykać.

Limeryk o antysystemowcu.

Pewien piosenkarz z okolic Opola

chciał bohaterem zostać pornola.

„Został zwyczajnym

korkiem analnym”

– stwierdziła NIK-u kontrola.

Ojczyzna…? Tak upadała pierwsza Rzeczpospolita. Wystarczyło nastraszyć, bądź przekupić jednego gnoja. Czasem Zandberga, Czarzastego, czy Biedronia, innym razem Kosiniaka. Na stałe był Gowin, ale że go zjedli i wysrali, na jego miejsce wszedł Kukiz, zdaje się tylko, że pomylił strony układu pokarmowego. Za dużo było białego do nosa i przezroczystego bez zakąski (chociaż schłodzona ta wódka była?!).

Media doniosły, że w nocy odbyła się tajna narada rządowa, ale bez teoretycznego szefa rządu. Była Beata „Nam się to po prostu należało” Szydło, znana jako Sołtys Ruina (1:27), był Marek „Członek-Penelopa” Kuchciński, był Ryszard „Pies-Budapren” Terlecki, był człowiek-porażka, Jacek „70 milionów” Sasin oraz ten, co butów jednakowych założyć nie potrafi, nie mówiąc o zapięciu rozporka, czy powstrzymaniu ślinotoku (mlask, mlask), a którego imienia brzydzę się wymawiać. Myślę o tych nieudacznikach, którzy w innych okolicznościach wzbudzaliby co najwyżej litość i przypomina mi się stara psychologiczna prawda: TO, ŻE KTOŚ JEST OFIARĄ, NIE OZNACZA, ŻE NIE MOŻE BYĆ OPRAWCĄ. Nie ma czegoś takiego jak frakcja umiarkowana w zorganizowanej grupie przestępczej. Można być uśpionym kretem, ale gdy przyjdzie rozkaz, trzeba się podporządkować. Dziś sprawy toczą się w Sejmie, więc niepotrzebny tu Plugawy Krystyn, ni prokurator stanu wojennego, ani nawet teoretyczna przewodnicząca trybunału kucharskiego (TK), dziś oni odpoczywają, kto inny wykonuje mokrą robotę, ale wkrótce trzeba będzie stracić to dziewictwo wielokrotnego użytku. I tak wkoło Macieju, dopóki nie pogodzi ich Zakład Karny albo śmierć ich nie rozłączy.

078. Metafizycznie i z przymrużeniem Oka. Wielka litera zamierzona.

To już nie te lata, gdy mogłem bezkarnie spędzać w pracy kilkanaście godzin dziennie przez kilka dni z rzędu. Kwiat wieku stabilnej młodości nie ma już tej samej kondycji, co przed szpitalno-nowotworowymi przejściami i nie zanosi się na to, bym mógł ją odzyskać. Dziś, gdy wpadnę w wir intensywnej roboty, czuję się jakby część mnie spała, bądź znajdowała się w jakiejś innej przestrzeni, zawieszam się na różnych obojętnych drobiazgach, jakbym odruchowo unikał zajęć wymagających pracy mózgu. Dziś po moim przebudzeniu, Świechna zaraziła mnie na przykład melodią tytułową z filmu „Black Adder” i teraz mi gra pod czaszką na okrągło.

Temat z pierwszego sezonu serialu „Black Adder”.

Mój kolega, reżyser teatralny specjalizujący się w teatrze eksperymentalnym (choć działa też i w bardziej popularnych odmianach teatru), tego typu twórczość nazywa kulturą plebejską, a ja dodam, że dłuższe oddawanie się jej wpływowi jest na trzeźwo trudne do osiągnięcia. Rączka w górę, kto wytrzyma więcej niż dwa odcinki serialu „Black Adder” pod rząd? Podobny do nietrzeźwości stan można osiągnąć zmęczeniem organizmu i ja chyba znalazłem się gdzieś w tych rejonach mentalnych. Czym innym mógłbym wytłumaczyć swoje uduchowienie na widok obrazka powstałego z obdartego z farby tynku, który wydał mi się przedstawieniem postaci Jarosława Kaczyńskiego całującego na klęczkach czyjąś dupę…, nie wiadomo czyją, bowiem całowane coś rozlewa się w trudny do zdefiniowania kształt. Sami popatrzcie:

Cud, na ścianie kibla ukazała się klęcząca na czworakach postać Jarosława K. całującego kogoś w… COŚ.

Tymczasem w kraju mafijne porachunki rządzących (Banaś vs gangi Kaczyńskiego, Ziobry i Kamińskiego) oraz próba zaprowadzenia katolibanu w sektorze edukacji. Policja nadal pilnuje schodów i okolic Mickiewicza 49 na Żoliborzu. Patrząc na zdjęcie poniżej, wyobrażam sobie funkcjonariusza nadającego meldunek: „Akwarium…, tu Ryba, przyślijcie posiłki, zbliża się wielki niebieski pies…. Nie wiem kto…, to jakiś lepszy cwaniak…, założył okulary”.

Lotna Brygada Opozycji chce pobyć z policjantami pilnującymi schodów.

Za sprawą niemieckiego kościoła, który złożył zawiadomienie o przestępstwie słynnego księdza Oko (tego od poetyckiej przenośni opisującej stosunek analny, jako pracę nienasmarowanego silnika tłokowego), tamtejszy sąd skazał polskiego duchownego na grzywnę 4800 euro lub 120 dni aresztu. Nie, jak to chce Ordo Iuris „za krytykowanie lawendowej mafii”, a za dehumanizację osób homoseksualnych (padały między innymi takie określenia, jak „pasożyty”, „rozrost nowotworowy”, „dżuma homoseksualna”), próbującą narzucić narrację, jakoby za gwałty na dzieciach odpowiadali nie gwałciciele, a homoseksualiści. Niemcy to nie Polska, gdzie prokuratura po raz kolejny odmówiła wszczęcia postępowania przeciw Dziwiszowi za ukrywanie pedofilów.

077. Życie i śmierć.

Zacznę od smutnej wiadomości: Blog Krajanki (kliknij, by go otworzyć) nie zostanie już przez Nią nigdy uzupełniony. 10-go lipca odeszła na zawsze. Niesamowicie smuci mnie fakt, że młoda, pozytywnie nastawiona do życia i świata dziewczyna, której odwaga w stawieniu czoła przeciwnościom losu może imponować każdemu, nie pozna już nikogo, nie zobaczy niczego więcej. Pamiętam, jak się potrafiła cieszyć drobiazgami, na przykład tym, że będąc w hospicjum doby pandemii, ma możliwość spotykać się z rodziną i bratanicami, tym że może czytać i pisać, że nie dręczy Jej ból. Czasem sądzę, że powinni o Niej pomyśleć wiecznie narzekający panowie spod sklepu z winem albo genetyczni patrioci. O tych ostatnich miała być ta notka, z powodu tragicznej wiadomości ograniczę moje rozważania do minimum.

Dolmen z Poulnabrone, grobowiec sprzed 5,5 tysiąca lat, o tysiąc lat starszy, niż piramidy w Gizie.

Odwoziłem kolegę po pracy do domu. Wiedziałem, że mieszka w Belfaście, ale nie miałem bladego pojęcia gdzie, dopóki się tam nie znalazłem, domyślałem się tylko, że nie jest to bogata dzielnica. To co zobaczyłem, przybiło mnie. Po moich licznych podróżach przez bogatą północnoirlandzką prowincję, pełną zadbanych wsi i miasteczek oraz pyszniących się z daleka dużych posiadłości (farmerskich, bądź szlacheckich), wjazd na granicę dzielnicy protestanckiej i katolickiej Belfastu był szokiem. Zanim się zorientowałem gdzie jestem, mój wzrok przykuł długi, sześciometrowej wysokości mur zwieńczony drutem kolczastym. Spytałem, czy to więzienie. I jak myślicie, co to było…? Granica między dzielnicami. Brama, którą chwilę wcześniej mijaliśmy, jest zamykana po 21-szej, żeby sobie religijne patrioty krzywdy nie zrobiły.

Klify Moheru.

Tak, tak, oczywiście religia jest ściśle powiązana z podziałem narodowościowym, katolicy czują się Irlandczykami, a protestanci Brytyjczykami. Dlatego też w ramach miłości do swojego kraju dzielą go murami i zasiekami z drutem kolczastym, tak jakby tęsknili do czasów, gdy podkładali sobie wzajemnie bomby, strzelali do siebie i torturowali się. W imię patriotyzmu i religii, domy w dzielnicach granicznych są otoczone murem z zamykanymi bramami. Oczywiście tylko wśród biednych i niewykształconych, bo tak bogate dzielnice, jak i nie mniej bogata prowincja, są zupełnie normalne: Jeżeli mur, to tylko taki, by zwierzęta domowe nie uciekały.

Klify Moheru.

Teraz wyobraźmy sobie wojnę: Ludzie majętni i wykształceni będą w miejscach, gdzie przyda się ich wykształcony umysł, za to wojska liniowe obsadzą chłopaki z tych slumsów, właśnie ci, którzy cholera wie dlaczego nakręcają swą nienawiść nawet w czasie pokoju. Tu pretekstem do bójki może być wszystko: Wydarzenie muzyczne, sportowe, interwencja policji, ślub albo pogrzeb. I właśnie dlatego tak ciężko jest uchronić uczestników prawdziwej wojny od nieuzasadnionego (z militarnego punktu widzenia patrząc) okrucieństwa. Darujemy sobie wynurzenia z serii „co o tym myślę”, prawda?

Ptaki Moheru.

I tylko czuję głęboką niesprawiedliwość, że takie osoby jak Krajanka, otwarte i ciekawe świata, dzielące się życiem ze swoim otoczeniem, umierają przedwcześnie, a ci, którzy budują nienawiść, żyją dopóki sami sobie krzywdy nie zrobią.

Sigur Ros – Glósóli.

Felieton ilustrują zdjęcia z naszej wyprawy na Płaskowyż Burren i Klify Moheru.

076. Wróżę z butów.

Trzy dni w Donegalu, to stanowczo za mało w stosunku do tego, co można tam zobaczyć. Pakując się do wyjazdu, świadomie zrezygnowałem z laptopa, by nie rozpraszać się niepotrzebnie. Poza tym chciałem, by krótki czas wypoczynku był nim w rzeczywistości, zwłaszcza że mam sporo pracy, znów jeżdżę po całej Irlandii i naprawdę czuję głód czegoś więcej, niż zarabianie pieniędzy.

Buty, głupcze!

Tak się złożyło, że niedługo przed wyjazdem zobaczyłem zdjęcie najważniejszych butów Wolski, przyodzianych na potrzeby gościnnego udziału w konwencji Partii Republikańskiej i od razu odkryłem w sobie talent jasnowidza. Dziadyga, który nie jest w stanie wypastować butów, ni przypilnować własnego rozporka, zszedł o kilka poziomów niżej i ubrał na oficjalne wystąpienie dwa różne buty. Myślę, że wiem dlaczego Ziobro, Gowin, Morawiecki i Girzyński rozpoczęli rozpierdolkę tworu o żartobliwie ironicznej nazwie „zjednoczona prawica”. To, że prezesowi nie styka, wiadomo było nie od dziś, po katastrofie smoleńskiej był tak zbombardowany prochami, jak pensjonariusz Tworek na spacerniaku, co bynajmniej nie oznacza, że staje się on przez to mniej niebezpieczny dla tych, na których tyle lat zbierał haki. Gniew, czy furia, są bardzo podstawowymi uczuciami, to pierwsze emocje wyrażane przez niemowlaki, a gdy dopadną one kogoś z taką władzą, może być groźnie nawet dla najbliższego otoczenia. Właściwie, to ZWŁASZCZA dla niego. Jednak jeżeli już taki typ nie zauważa, że przyodział obuwie nie od pary, oznacza to że przestaje panować nad swoim własnym postępowaniem, zmienia się w bezbronnego starca i dla sfory karierowiczów jest to wyraźny znak do wznowienia walki o władzę. Partyjniocy z koalicji jeszcze rządzącej mają dużo więcej informacji o takich przejawach braku kontroli. Szary człowiek musi czekać na publiczną gafę, na to że nastąpi ona przy włączonej kamerze, bądź że uwieczni ją fotograf, stąd niezbyt często spotykamy taką dokumentację, ale ktoś, kto spotyka prezesa pana codziennie, widzi znacznie więcej.

Na Slieve League.

Przy okazji udziału Kaczyńskiego w konwencji Partii Republikańskiej, mam jeszcze jedną refleksję: Bielan był kretem w partii Gowina, to płatny zdrajca i pachoł na garnuchu prezesa pana. Jak inaczej wytłumaczyć obecność na konwencji szefa konkurencyjnej partii? Prędzej bym zaufał grzechotnikowi. No to co…? Ile jeszcze dajecie prezesowi, nim go wygryzą wierni towarzysze? Pytanie nie jest proste, sam chciałbym wiedzieć, na ile zniedołężniał emerytowany zbawca Narodu.

A gdyby tak spojrzeć 596 metrów w dół…?

Takie to myśli od czasu do czasu dobijały się pod mą czaszkę, podczas wędrówki na Slieve League (596mnpm), najwyższy klif Irlandii. Piękna, a jednocześnie stosunkowo łatwa trasa zwana „Ścieżką pielgrzyma” wznosiła się łagodnie biegnąc bagienną doliną i niezauważalnie podprowadzając nas pod sam grzbiet główny, z któego roztaczał się widok na całą okolicę. Na przykład na Glenkolumbkille z wioską edukacyjną założoną przez o. McDyersa, którą zwiedzaliśmy dzień wcześniej. Przy tej okazji wymieniliśmy ze Świechną kilka zdań na temat specyficznej dobroczynności Kościoła, czyli edukacja za pełnię władzy. Do tej pory ogromna większość szkół podstawowych w Irlandii, to szkoły katolickie, uczęszcza do nich 90% uczniów. Państwo poszło na łatwiznę, oddając lekkomyślnie edukację w ręce sekty. Efekt…? Niewolnicze pralnie Magdalenek, systemowe molestowanie seksualne, handel dziećmi nieletnich, nieoznakowane groby młodych dziewcząt i ich dzieci. To także ostrzeżenie dla szarych obywateli: Chcesz, by ktoś cię wyręczył w obowiązkach? Uważaj, byś się nie stał jego niewolnikiem!

Silver Strand.

W bezpośrednim sąsiedztwie Slieve League, po jego zachodniej stronie znajduje się wzgórze Leahan, u podnóża którego leży jedna z najpiękniejszych plaż Irlandii, Silver Strand, ukryta w klifowej zatoce Malin Beg. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie wizyty w tym cudownym miejscu znanym z epickich widoków i krystalicznie czystej wody otwartego Atlantyku. Dla pełni szczęścia, usytuowanie u wejścia do Donegal Bay chroni ją od nadmiaru parawaniarzy. Coś pięknego!

Wyskoczyłem z glanów.

W czasie, gdy zażywaliśmy piękna natury, Ryszard cierpiał w kocim hotelu, który z całą pewnością odbierał jako więzienie. Mam olbrzymie wyrzuty sumienia, bo widać było, że bardzo to przeżył. Nie mam jednak pomysłu, jak inaczej poradzić sobie z jego naturą. Gdy tylko się zorientuje, że długo nie wracamy, wyrusza na poszukiwania (nie wiem, czy szuka nas, czy innych ludzi, ale nie jest to bezpieczne). Dziś jest już w porządku, wróciła codzienna rutyna, kot dumnie okrąża swoje terytorium, dużo czasu spędza w przydomowym ogródku, jest już jak należy!

Rory Gallagher – Heavens Gate.

Oczywiście wiecie to świetnie, ale na wszelki wypadek przypomnę…: Rory Gallagher urodził się w Ballyshannon, Co. Donegal. Jak się domyślacie, odwiedziliśmy to miejsce i oddaliśmy mu hołd pod pomnikiem, więc ilustracja muzyczna może być tylko jedna. Pełna relacja z wycieczki wkrótce u Świechny, na Myszy Galaktycznej.

075. Oświeceniowe aspiracje homo sovieticusa.

„Praca męczy”. Pamiętam, jak 16 lat temu rozśmieszył mnie mój brat, któremu zorganizowałem możliwość wakacyjnego zarobkowania w firmie, w której i ja pracowałem. Dla mnie była to praca marzeń, nie przypominam sobie, bym tak lekko i bezstresowo zarabiał tak duże pieniądze. Dzieliłem się tymi odczuciami z rodziną i brat uznał, że jedzie po pieniądze za nic. Dla niego dla odmiany, była to pierwsza praca w życiu. Któregoś dnia zwierzył mi się, że jest zdziwiony, wręcz zaskoczony, bo nastawiał się na luzik, a tymczasem „praca go męczy”. Otóż od dłuższego czasu (odkąd wznowiłem pracę po chorobie) ja doznaję podobnego uczucia. Gdy tylko jakieś zlecenie się przedłuża, męczę się, ale do tego stopnia, że nie chce mi się nic, ale to dosłownie nic robić, nawet komentowanie notek na blogach mnie przerasta. Zmęczenie fizyczne ma jednak swoje plusy: Informacje społeczno-polityczne nie są dla mnie w takim stanie istotne, ważne jest, by się przespać, a przyznacie, że to całkiem rozsądny wybór, gdy po drugiej stronie jest nakręcanie się narodowym debilewem (ostatnio nasi politycy starają się dowodzić, że omijanie procedur bezpieczeństwa nie jest niczym złym, ba, konfuduje nawet obce wywiady, które zamiast męczyć się hakowaniem zabezpieczeń, wpisują hasło „dupa”, „admin” albo „qwerty” i już są na koncie z dostępem do informacji wrażliwych). Zdarza się jednak, że społeczeństwo polskie przychodzi do ciebie w pracy, a do pomocy bierze sobie przedstawicieli społeczeństwa rosyjskiego i litewskiego. I wtedy…, pozostaje robić swoje.

Rory Gallagher – Check Shirt Wizard.

W Irlandii szczepienia ruszyły pełną parą, ja jestem już po dwóch dawkach, moja żona po pierwszej, podobnie z większością ludzi w mojej pracy. Wyjątek stanowi całkiem spora grupa materiału genetycznego typu HOMO SOVIETICUS. Po pierwsze, uważają się za jedynych myślących, a po drugie, są czujni i wszędzie wywęszą czający się SPISEK. Noc ze środy na czwartek obfitowała w temat szczepień. Nie wiem, kto zaczął i gdzie, ale ludzie dzielili się swoimi doświadczeniami. Jednak szczególny rodzaj ludzi, ten z bloku postsowieckiego, dzielił się inaczej. Najpierw zbliżyłem się do Litwina opowiadającego Irlandce, dlaczego się nie szczepi i gdy mnie zauważył, zapytał czy ja się zaszczepiłem. „Jasne, jestem po dwóch dawkach Pfizera”, brzmiała moja odpowiedź, na co dowiedziałem się od kolegi znad Niemna, że jestem idiotą. Ponieważ go zignorowałem, poczuł się zobowiązany przybliżyć mi swą argumentację. „Zdrowy jesteś, po co ci to? Dałeś sobie COŚ wstrzyknąć, jesteś idiotą”. Zaprawiony w internetowych potyczkach z trollami, zbanowałem go, opuszczając jego towarzystwo. Rozmyślając o wytatuowanych ramionach rozmówcy (z tego co wiem, tatuaż robimy wstrzykując coś pod skórę, ale co ja, jako idiota, mogę o tym wiedzieć).

Nick Cave – Idiot Prayer.

Po Litwinie trafił się Polak. Prowadził rozmowę stojąc jakieś 10 metrów ode mnie, wydzierał się tak, że Irlandczyk do którego wykrzykiwał swoje wywody spytał się go w końcu, dlaczego na niego krzyczy. Oczywiście słyszałem, co takiego ważnego wykrzykiwał, bo nie słyszeć się nie dało. Po pierwsze, okazał się następnym, który nie da sobie CZEGOŚ, NIE WIADOMO CZEGO wstrzyknąć. Poruszony do głębi swą własną deklaracją, zaczął wykrzykiwać, że ma większą odporność od tych zaszczepionych i na wszelki wypadek powtórzył, że nie da sobie CZEGOŚ wstrzyknąć. Jednak to nie wszystko, gdyż nagle zabrzmiała nuta martyrologiczna. Otóż nasz rodak jest z kraju, który przeszedł HOLOCAUST (toż to prawie, jakby on sam go przeżył – moja złośliwa uwaga), a szczepienie jest jak gwiazda Davida na ramieniu. Ostatnim poruszanym tematem było…., no kto zgadnie? Tak, zgadza się…, on, polski ojciec i głowa rodziny nie szczepi się DLA DZIECI. W tym momencie Irlandczyk przerwał pytaniem o powód krzyku, co zmąciło memu rodakowi wątek i nie dowiedziałem się, jaki jest związek przyczynowo skutkowy.

Zauważyliście pewnie, że jak do tej pory bracia emigranci wykazywali się chęcią niesienia „oświaty kagańca” niedouczonym tubylcom, do których przybyli w poszukiwaniu lepszego życia. Nie inaczej było w przypadku Rosjanki, tłumaczącej nieśmiało Irlandczykowi przyczyny swojej rezygnacji ze szczepienia. Uderzył mnie sposób mówienia, charakterystyczny dla środowisk, gdzie kobiety nie mają nic do powiedzenia, więc każdą swoją myśl przedstawiają bardzo niepewnym głosem (ewentualnie krzykliwym, agresywnym, to drugi sposób obrony). Cichutko przekonywała rozmówcę, że koncerny to robią dla zysku (nie słyszałem, by ona pracowała gratis), a przecież nie tylko na covid można umrzeć, można zginąć na przykład w drodze do pracy. Nie byłem ciekaw, dlaczego w związku z tą prawdą życiową, chce dodatkowo zwiększyć szansę przyspieszonego zgonu, bo nie o sens przecież w takim tłumaczeniu chodzi.

Opowieść tę snuje człowiek zaszczepiony na ospę prawdziwą, błonicę, krztusiec, tężec, dur brzuszny, polio, wirusowe zapalenie wątroby, gruźlicę, covid-19. Byłbym niepocieszony, gdybym nie mógł dodać, że większość antyszczepionkowców jest również zaszczepiona. Nawet, jeśli o tym nie wie, nie pamięta, bądź nie chce pamiętać.

Człowiek zbuntowany i inne tragikomizmy.

Mój dzień zaczął się całkiem zwyczajnie: Zjadłem śniadanie, wypiłem kawę i wyszedłem popracować w ogródku, by nie przeszkadzać Świechnie w pracy zdalnej. Po powrocie stało się: Otworzyłem internet i z miejsca uderzyła mnie informacja o planowanej produkcji TVP o żarobliwie ironicznym tytule „Człowiek zbuntowany”. To ten, który do wieku starczego mieszkał z mamusią, gdybyście się jeszcze nie domyślili o kogo chodzi, a po jej śmierci zamieszkał z ochroną i kilkoma zaufanymi kuwetowymi. Podobno potrafił odmówić mamusinej zupki, a jak się uparł, chodził tylko w ulubionych rajtuzkach. Bogdan Borusewicz, gdy mu zaproponowano udział w produkcji (w charakterze wspominającego podziemną działalność małego buntownika) odpowiedział krótko, że nie zamierza się wypowiadać do filmu, bo poznał go (Jarosława Kaczyńskiego) dopiero w 1988 roku i nic nie wie o jego działalności opozycyjnej. A teraz proszę o obejrzenie tego krótkiego fragmentu filmu:

Alternatywy 4 – Czy jest pan zadowolony?

Oczywiście jestem przekonany, że TVP bez trudu znajdzie kogoś, kto zgodzi się przed kamerami poświadczyć, że tak, oczywiście, doskonale pamięta takiego opozycjonistę. Tylko wiecie…, to idzie w Polskę. Jeden z bohaterów Alternatywy 4 też zgodził się wystąpić w telewizji i powiedzieć, co mu reżyser kazał, ale kto pamięta serial ten wie, że sporo przez to niewinne kłamstewko stracił.

Przyznam się, że ciekaw jestem tego dzieła, bo widziałem już jeden film wiernopoddańczy o małym. Był to „Lider”, z której to produkcji utkwiło mi w pamięci, jak tytułowy bohater zapewniał o swoich dziecięcych bójkach przeciw gangowi chłopaków z Targówka, co komentowałem wówczas słowami: „To, że chłopaki z Targówka skopali kiedyś tyłek Kaczyńskiemu, nie oznacza od razu, że Jarek się z kimś bił, po prostu dostał wpierdol.” Rozśmieszył mnie też fragment fabularyzowany, gdy jakieś dzieci, bliźniacy lat na oko 10, grający młodych Lecha i Jarosława, budowali konia na biegunach, bo mam kłopoty z uwierzeniem, iż Jarek potrafi samodzielnie wbić gwóźdź w ścianę, a co dopiero wyciąć w drewnie skomplikowany kształt i przytwierdzić go na sztywno do biegunów. Nie biorę tego domniemania z powietrza, samodzielnie to on może siku robi, ale pod kibel sejmowy, to już ochrona go musi podprowadzić, nawet w osławionym filmie „O dwóch takich co ukradli księżyc” głos musiała podłożyć za niego aktorka.

Lady Pank – Marchewkowe pole.

Słyszeliście już prawdopodobnie o pseudoprawicowej akcji „odsyłania książek Tokarczuk”? Pomijając już ten drobny szczegół, że prawiczkom coś się w tłumaczeniu wywiadu noblistki pokićkało, to najbardziej rozśmiesza mnie fakt, że aby odesłać, to oni najpierw będą musieli te książki kupić. Jeszcze lepszą polewę mam z innego powodu: Otóż fundacja Olgi Tokarczuk ogłosiła, że wszystkie odesłane książki zostaną zlicytowane na aukcję charytatywną wspierającą osoby LGBT.

Nie będę komentować tego, co powiedział teoretyczny marszałek Terlecki na temat Cichanouskiej. Nawet klej go nie tłumaczy.

W poniedziałek oglądaliśmy Highwaymenów (2019) z Costnerem i Harrelsonem, czyli historię Bonnie i Clyde’a z punktu widzenia ścigających ich policjantów. Nie spodziewałem się, że ten film zrobi na mnie aż takie wrażenie. Być może dlatego, że często w rozmowach ze Świechną poruszaliśmy temat ofiar, które są jednocześnie zbrodniarzami. To nie wina tych ludzi, że urodzili się biedni, w wielodzietnych rodzinach dotkniętych alkoholizmem i bezrobociem, ale też i żadna bieda nie tłumaczy bezwzględnych morderstw, ani współudziału (choćby w formie przyłączenia się do tłumu biedaków pomagających przestępcom). Jak mało który film hollywoodzki, ukazał on prawdę o tym, że bycie biednym wcale nie uszlachetnia, choć z całą pewnością utrudnia życie. W pewnym momencie filmu, tłum pomagający Bonnie i Clyde’owi skojarzył mi się z tłumem wspierającym skompromitowany masowymi przestępstwami rząd PiS i przystawek. Ten sam mechanizm: Biedni, chorzy na zawiść ludzie dali sobie wmówić, że oto nadeszli mściciele. To wrażenie nie opuszczało mnie już do napisów końcowych.

073. Koń Kaliguli.

Życie bywa ciekawe, czasem śmieszne, innym razem straszne, a ostatnio to nawet mamy dwa w jednym. Natknąłem się w sieci na rysunek Andrzeja Mleczki:

Zbiegło się to z powołaniem Beaty Szydło do Rady Muzeum Auschwitz i jako żywo, ujrzałem konia Kaliguli i jego kwalifikacje do bycia senatorem, choć gdy poszedłem tym tropem w kontekście innych nominatów obecnej władzy, to w pół minuty dałem sobie spokój (zaczęła mi z tego wychodzić książka telefoniczna), więc pozostanę przy Beci, jako rozpoznawalnym symbolu obciachu i bezwstydu tej władzy.

Jerzy Stuhr – Śpiewać każdy może.

Oczywiście wydarzeniem maja było ogłoszenie „polskiego ładu” (nazwa jeszcze bardziej groteskowa od pierwszej proponowanej, kojarzącej się nierozerwalnie z PRL, początkowo zapowiadano bowiem „nowy ład”). Sami powiedzcie, czy w UE jest kraj, w którym panuje większy burdel, nazywany ładem? Przyznam się, że mnie zatkało, gdy z każdej strony zaczęto analizować ten zbiór haseł, bez jakiegokolwiek projektu ustawy i w kompletnym oderwaniu od nie do końca jeszcze znanych skutków pandemii. Lubię konkrety, a właściwie jedynym w tym programie jest to, że swoje obiecanki władza ma ochotę sfinansować zabierając „bogatym”, a według PiS są to ludzie zarabiający powyżej 7 tysięcy brutto miesięcznie (czyli mniej, niż ja jako dorabiający rencista mam w Irlandii netto). Gdy im to wytknięto, pan Pinokio zaczął kluczyć i bąkać coś o bliżej nieokreślonych ulgach podatkowych, czyli dodatkowych komplikacjach i tak już zagmatwanego systemu fiskalnego. Moja opinia jest taka: Żeby coś komentować, trzeba wiedzieć co się komentuje, a tu jest póki co jedynie dym medialny, w dodatku autorstwa najbardziej zakłamanego rządu od upadku PRL.

Mam za to kilka słów komentarza do drugiej informacji miesiąca (według mojego subiektywnego rankingu): Zbuntowany szef NIK, po szeregu kontroli składa do prokuratury zawiadomienie o przestępstwie polskiego rządu podczas przygotowań do niedoszłych wyborów kopertowych. Rozliczenia prawne zostawię ekspertom, mnie najbardziej tutaj zbulwersował fakt, że niejaki Kaczyński Jarosław rzekł (cytuję): „Chcę, żeby to było jasno powiedziane: to była moja osobista decyzja, by spróbować skorzystać z doświadczenia bawarskiego i kanadyjskiego w organizacji takich głosowań”. Dziadydze wydaje się, że jego osobista decyzja jest prawem w Rzeczypospolitej. Mam nadzieję, że nim skończy swój marny żywot, zdąży w więziennej celi jeszcze raz to przemyśleć.

Maneskin – Zitti E Buoni.

Na zakończenie części politycznej, sytuacja międzynarodowa Wolski. Paździerzowe państwo Kaczyńskiego zbiera kopniaki w zad ze wszystkich stron. Pijacka bezczelność działa tylko w polskiej polityce, z klubów publicznych (w tym wypadku, międzynarodowych) żulia jest wyrzucana. Po pierwsze, Parlament Europejski przyjął rezolucję, że nie ma dowolności w wydawaniu pieniędzy z Funduszu Odbudowy i będzie kontrola wydatków. Słusznie, bo skoro posłowie z Grajdołkowa kradną byle gówno, np. na bezczela wyłudzają kilometrówki, to należy się spodziewać, że ich mocodawcy lepsi nie będą. Po drugie, TSUE swoim wyrokiem nakazał zamrożenie kopalni Turów z powodu ignorowania przez władze Polski czeskich postulatów dotyczących zabezpieczenia przed obniżaniem wód gruntowych na sąsiadujących z wyrobiskami terenach Czech (okolice Frydlantu). Wolska narracja „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?” okazała się równie kiepska, jak prawie polska piosenka na Eurowizję. Na domiar złego, inny żul polityki, niejaki Łukaszenko, porwał polski samolot, by zaaresztować znajdującego się na pokładzie opozycjonistę. Z lidera państw Europy Środkowej, Polska została sprowadzona do roli chłopca do bicia, a jej międzynarodowe funkcje przejmują takie państwa UE, jak Litwa, czy Rumunia. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!

Barbara Pravi – Voila.

Dobrze, to teraz sprawy bieżące. Przede wszystkim, właśnie minęła czwarta rocznica mojego pierwszego spotkania ze Świechną, która opowiadając o nas naszej koleżance powiedziała tak: „Od chwili, gdy się zobaczyliśmy po raz pierwszy, ciągle rozmawiamy”. I tak właśnie jest. Nie możemy się nagadać i sprawia nam to radość. Oj, panie Dyjak, żeby pan wiedział ile nam pan dał szczęścia! Tak, tak…, to za sprawą tego artysty się poznaliśmy osobiście, Śwechna skomentowała mój stary post na jego temat i bardzo szybko przełączyliśmy się na kanał prywatny. A jako hedonista pierwszej wody i gorszego sortu, nie mam ochoty wypuszczać z rąk szczęścia.

Marek Dyjak – Nie będziesz.

Tak to już jest, że w życiu radości przeplatają się ze smutkami. Niedawno odnalazł na mnie namiary stary znajomy, który poinformował mnie o śmierci dwóch kolegów. Jeden, dwa lata młodszy ode mnie zmarł na komplikacje po covid , a drugiego, rok młodszego, wykończyło picie. Pochodzili z terenów objętych ciężką patologią i po raz kolejny przekonałem się, że w takich środowiskach, ludzie przechodzą przez życie, jak wędrowne stado. Gdy ktoś traci życie, rzadko kto się pochyli i pożegna, stado idzie dalej, ryknie coś na wieść o śmierci i stara się zapomnieć. Nikt mnie o tych zdarzeniach nawet nie poinformował, dowiedziałem się z dużym opóźnieniem i właściwie przypadkiem, gdy nazwiska nieżyjących padły w koleżeńskiej rozmowie na temat „A co tam u naszych wspólnych znajomych?”.

P.S.

Pośród muzycznych ilustracji tekstu znalazły się m.in. dwa zwycięskie utwory tegorocznej Eurowizji. Zachęcam do posłuchania, pozwoli to zrozumieć, dlaczego reprezentant Polski nie miał najmniejszych szans. Piosenki-laureatki strzelały emocjami, jak korki od szampana, a to z czym przyjechał Brzozowski miało energię kisielu. Tu nawet nie chodzi o jakość utworów, bo o gustach się nie dyskutuje, ale ja chciałbym choćby mieć złudzenie, że artysta żywi jakieś uczucia względem prezentowanego przez siebie show, że przekazuje jakąś treść. Zaczynałem od konia Kaliguli, prawda? No właśnie!